„Przeciwnicy, nie wrogowie”

fot. Piotr Sztencel

Na tatami nie ma sympatii, ale po jej opuszczeniu wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną. […] I to jest piękne. Niepowtarzalne.


          Z wielokrotną medalistką mistrzostw Polski, Europy i świata – Martą Lubos, rozmawia Natalia Stojanowska. Jak zawodnicy najwyższej klasy radzą sobie z presją? Dlaczego czasem przegrana jest potrzebna? Jak wyglądają przygotowania Marty do najważniejszych zawodów?…

Natalia Stojanowska: Wielokrotna medalistka Polski i Europy, na świecie. Ostatnio medalistka mistrzostw świata karate kyokushin federacji KWU, czego jeszcze nie osiągnęłaś, a o czym marzysz? Jaki jest Twój cel sportowy na przyszłość? Czy chcesz zostać legendą?

Marta Lubos: Ciągle zostało bardzo wiele do zdobycia. Niezmiernie szanuję swoje medale wywalczone w organizacji KWU. Zarówno tytuł Mistrzyni Europy, jak i medal Mistrzostw Świata, jednak nadal marzę o złocie Mistrzostw Europy organizacji, w której startuje na co dzień – EKO. To mój plan na najbliższy czas. Właśnie jestem w cyklu przygotowawczym do Mistrzostw Europy w Tbilisi, które odbędą się już na początku kwietnia. Pracuję ciężko i mam nadzieję, że przyniesie to efekty, ale wszystko jak zwykle zweryfikuje mata.
Wymienione Mistrzostwa Europy to kwalifikacje do Mistrzostw Świata w kategoriach wagowych, które w 2021 roku odbędą się w Kielcach. Start na tych zawodach to moje największe marzenie. Miał to być mój ostatni start w karierze, więc cudownie byłoby przypieczętować go medalem, chociaż po ostatnim starcie w Mistrzostwach Świata Open w Japonii (w listopadzie 2019 roku) stwierdziłam, że chciałabym jeszcze zawalczyć w tych zawodach w 2023 roku, ale zobaczymy, co czas przyniesie 😊.
Czy chciałabym zostać legendą? Legenda to wielkie słowo. Nigdy nie będę mogła się porównać do największych sław Karate, które można w ten sposób nazywać. Na pewno chciałabym zostać zapamiętana. Wyznaczanie sobie kolejnych celów jest kierowane moją ambicją, a nie chęcią wpisania się w polską historię karate. To drugie mogłoby być skutkiem ubocznym 😊. Na ostatnich wagowych Mistrzostwach Polski wystartowałam w kategorii +65kg żeby spróbować zostać jedyną zawodniczką w Polsce, której udało się zdobyć tytuły we wszystkich kategoriach wagowych i w kategorii open. Udało się 😊.

NS: Jesteś zawodnikiem rangi mistrzowskiej międzynarodowej, więc przygotowania do startów to full- time job. Jak godzisz pracę zawodową z przygotowaniami do zawodów? Bywa ciężko?

ML: Nie będę ukrywać, że tak. W czasie przygotowań do najważniejszych startów w roku „rezygnuję z życia”. Wszystko kręci się pomiędzy pracą, treningami i spaniem. Nie mam praktycznie w ogóle wolnego czasu, a kiedy znajdzie się już chwila, to przeznaczam ją na odpoczynek. Nie mam siły na wychodzenie ze znajomymi. Niejednokrotnie cierpi też na tym moja rodzina, ale zawsze staram się im poświęcać tyle czasu, ile jestem w stanie. To oczywiście nie trwa cały rok. Tak to wygląda tylko na 8 tygodni przed Mistrzostwami Europy i Mistrzostwami Świata. Pomiędzy tymi zawodami również dużo trenuję, ale staram się znajdować więcej czasu dla siebie i najbliższych 😊.

fot. Piotr Sztencel

NS: A jak z przyjaciółmi? Czy Twoi przyjaciele rozumieją stan nieustannych przygotowań, bycia na wiecznej diecie i ciągłego zabiegania?

ML: Mam niewielkie grono przyjaciół. Właśnie ze względu na ciągłą nieobecność, brak czasu na spotkania
i wieczne zabieganie, niewielu było w stanie to zrozumieć. Tym bardziej wdzięczna jestem tym, którzy ciągle są ze mną😊. Dodatkowo, pomiędzy osobami trenującymi w grupie zawodniczej w moim klubie zawsze tworzyły się rodzinne więzi i to jest niezastąpione. Teoretycznie jesteśmy sportem indywidualnym, ale ja w klubie mam wspaniałą drużynę.
Do wiecznego bycia na diecie też już wszyscy się przyzwyczaili, chociaż do tego już nie podchodzę tak jak kiedyś. W przeszłości nawet na imprezy rodzinne przychodziłam ze swoim pojemnikiem z jedzeniem, bo … „przecież robię formę do zawodów” i jeden posiłek spoza rozpiski wszystko zaprzepaści. Z biegiem czasu jednak doszłam do wniosku, że nie możemy dać się zwariować. Wszystko jest dla ludzi. Trzeba tylko podchodzić do tego rozsądnie.

NS: Twoim shihanem jest Twój tata. Czy relacja tata- shihan jest pomocna, czy bywa również trudna?

ML: To jest cudowna relacja, ale tak samo jak cudowna bywała też trudna.
Na początku mojej zawodniczej kariery, co miało miejsce jakieś 13 lat temu, tata niesamowicie mi pomagał. Nie tylko na sali, co było oczywiste, ale również poza nią. Motywował mnie do treningów, trenował ze mną, pomagał w trzymaniu diety. Pokazał mi, że ciężka praca zawsze przynosi rezultaty. Niestety poza tymi dobrymi momentami, były też gorsze, kiedy pojawiały się komentarze, że jeżdżę na zawody, bo mój tata jest shihanem. Że WYGRYWAM zawody, bo mój tata jest shihanem… Ja wiedziałam, ile od początku wkładałam w to pracy, ale mimo wszystko wkręciłam sobie, że muszę wszystkim udowodnić, że wygrywam, bo ciężko na to pracuje. To, że za wszelką cenę muszę coś wszystkim coś udowodnić. Potrzebowałam dobrych kilku lat, żeby przestawić ten sposób myślenia na taki, jaki powinien być. To, że robię to tylko i wyłącznie dla siebie i nikomu nie muszę nic udowadniać. Tak naprawdę udało mi się to dopiero kilka lat temu 😊.
Ta relacja jest też trudna z punktu widzenia taty. W kontakcie z każdym innym zawodnikiem shihan coś zawodnikowi mówił i tak po prostu było, np. „Startujesz w tej a nie innej kategorii wagowej i koniec”.
Ale z córką nie było tak łatwo. Ja zawsze dyskutowałam😊.

NS: Czy mogłabyś po krótce opisać swoje przygotowania do startów? Czy skupiasz się tylko na karate i ulepszaniu technik? Czy jednak wplatasz inne rodzaje treningów, suplementacje oraz regenerację?

ML: Zdecydowanie wplatam inne rodzaje treningów. Treningi specjalistyczne, czyli treningi karate mam tylko 3-4 razy w tygodniu, a w sumie trenuje 7-9 razy, więc jest dużo czasu na inne aktywności.
Dwa razy w tygodniu trenuję z trenerem od przygotowana motorycznego. W zależności od tego co do danych zawodów chcemy poprawić, nasz trening się zmienia, ale opiera się o ćwiczenia crossfitowe.
Poza tym biegam, pływam i od jakiegoś czasu bywam też na jodze.
Nie stosuję rozbudowanej suplementacji, bo mam bardzo dobrze zbilansowaną dietę, która dostarcza mi wszystkiego czego potrzebuję. A w regeneracji pomaga mi fizjoterapeuta, który zawsze ma pełne ręce roboty, bo obciążenia są duże, a czasu na lenistwo, ze względu na pracę zawodową, nie ma.

fot. Patryk Ludyga

NS: Jesteś utalentowaną i chyba jedną z najbardziej rozpoznawalnych w środowisku karate osób, zarówno w Polsce, jak i na arenie międzynarodowej. Czy czujesz presje, kiedy cały karatecki świat zwrócony jest w Twoją stronę? I jak sobie z nią radzisz?

ML: Pierwsze słyszę😊 jeżeli ktoś mówi, że jestem utalentowana, to zawsze wyprowadzam go z błędu. Moim zdaniem jestem typem pracusia, a nie talentu. Nigdy nie nokautowałam, nie miałam „tego czegoś”, a dla mnie talent objawia się właśnie tym.
A presja? To zawsze trudny temat w sporcie. Oczywiście na początku drogi każdego zawodnika nie jest łatwo sobie z nią radzić i wydaje mi się, że każdy w pewnym momencie kariery ma związany z nią kryzys. Kiedy zaczynasz osiągać sukcesy, nagle myśli przed wyjściem na matę się zmieniają. Już nie myślisz tylko o tym, że masz wyjść i zdominować przeciwnika, ale nagle pojawiają się myśli typu „nie mogę przegrać, bo co ludzie powiedzą. Przecież jestem medalistką tego i tamtego… no nie wypada”. U mnie też tak było.
Po czasie, w którym z każdych zawodów wracałam z medalami, w którym zostałam medalistką Mistrzostw Polski, medalistką Mistrzostw Europy Młodzieżowców, nagle nastąpił kryzys i niespodziewanie zaczęłam przegrywać. Przegrywałam każdą walkę. Przegrywałam, bo przestałam myśleć o tym, co muszę zrobić, a zaczęłam myśleć o tym, czego zrobić nie mogę – przegrać. Przestałam myśleć o dominacji przeciwnika, o tym jakie zadania powinnam realizować, a zaczęłam się bać. Bać, że wszystko co zrobię będzie niewystarczające, że przegram i ludzie będą gadać. To błąd bardzo wielu zawodników i bardzo często obserwuje się takie kryzysy. Ktoś osiągnął spektakularny sukces, po czym w spektakularny sposób przegrywa wszystkie kolejne walki. To głowa.Mój kryzys trwał kilka miesięcy. Przegrywałam, trenowałam, przegrywałam. Wylewałam morze łez, ale w końcu coś się zmieniło i wróciłam z Mistrzostw Europy Młodzieżowców ze złotym medalem. Co się zmieniło? Przez wszystkie przegrane nie miałam już na sobie żadnej presji i znów zaczęłam realizować zadania. Po prostu.
A teraz czy pojawia się presja? Owszem. Czasem wkradają się takie myśli, ale potrafię już nad nimi panować. Pomógł mi w tym psycholog sportowy, z którym naprawdę sporo pracowaliśmy. Wiem, że wszystko co robię, robię tylko i wyłącznie dla siebie. Wychodzę na matę i chce zdominować przeciwniczkę. To proste. O niczym innym staram się nie myśleć. Robię to, bo to kocham. Nie muszę nikomu niczego udowadniać. Robię to, bo lubię uczucie progresu i uczucie bycia najlepszą. Nie potrafię inaczej. Tylko ja wiem, ile pracy włożyłam w przygotowania do danych zawodów i tylko ja mogę się z tego rozliczać. Ludzie zawsze będą gadać, ale dojrzałam do tego, żeby się nie przejmować. Każdy musi znaleźć to w sobie sam.

NS: Okres przygotowawczy do zawodów to trud, wysiłek i wyrzeczenia. Jak radzisz sobie z przegraną, zwłaszcza kiedy nie osiągnęłaś celu, nad którym pracowałaś tyle czasu i kosztował Cię zapewne wiele wyrzeczeń?

ML: Płaczę. Dużo płaczę. Później analizuję, co poszło nie tak. Analizuję, czy to przeciwniczka była ode mnie lepsza, czy to ja nie dałam z siebie wszystkiego, bo to również się zdarzało ze względu na złe nastawienie psychiczne. W sportach walki na arenie europejskiej i światowej o tym kto wygra, decyduje w bardzo dużej mierze głowa. Głowa, którą najtrudniej wytrenować. Jeżeli przegrywam, bo przeciwniczka była lepsza – ok. Wiem, że po prostu muszę jeszcze ciężej pracować. Jeżeli przegrywam, bo nie dałam z siebie wszystkiego, bo byłam źle nastawiona – analizuję skąd wzięło się takie nastawienie. Gdzie w rozgrzewce popełniłam błąd i … biorę się do pracy do kolejnych zawodów😊.
Ale ja analizuję nie tylko po przegranych zawodach. Analizuje też wszystkie wygrane walki. Niejednokrotnie wracałam z wygranych zawodów załamana, bo walki nie wyglądały tak, jak tego chciałam. Więc wyciągałam wnioski i starałam się coś zmienić. Śmieję się, że ja ciągle jestem „w budowie”, a już za chwilę chcę kończyć karierę.😊

fot. Piotr Sztencel

NS: Bardzo często powtarzasz „przeciwnicy, nie wrogowie”, czy mogłabyś to wyjaśnić?

ML: Ta myśl to najpiękniejsze co można spotkać w sportach walki. Kiedy ogląda się z boku dwie bijące się osoby, wydawałoby się, że nie darzą się sympatią. A to nieprawda. Na tatami nie ma sympatii, ale po jej opuszczeniu wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną. Po skończonej walce przybijamy sobie piątkę
i jesteśmy dobrymi koleżankami. Niejednokrotnie walczę na zawodach w Polsce z moimi koleżankami
z kadry. W kadrze wspieramy się jak siostry, ale na macie, kiedy ze sobą walczymy w ogóle tego nie widać. I to jest piękne. Niepowtarzalne. Dokładnie to samo ma miejsce z przeciwniczkami zza zagranicy. Na macie „okładamy się” jak najwięksi wrogowie, a chwilę później jedziemy na obóz, na którym razem trenujemy, śmiejemy się i rozmawiamy.

NS: Nie masz czasem dość karate? Co robisz w czasie wolnym?

Czasem mam. Najczęściej, kiedy ucinam 15 min. drzemkę, po której budzę się na trening i za nic w świecie nie chce mi się na niego pójść 😊 a tak poważnie to… tak. Po długim okresie startowym potrzebuje chwili oddechu. Wtedy nie wkładam kimona, nie pojawiam się też na sali. Po prostu odpoczywam i nabieram treningowego głodu. Ale trwa to dwa tygodnie i już tęsknię, i wracam. W tym czasie nadrabiam rodzinne i towarzyskie zaległości. Jeżdżę też na rolkach, zimą na desce. Lubię pojechać w góry i pobyć sama ze sobą i naturą. Po prostu robię to, na co często w okresie przygotowawczym nie mam czasu.
Ale bez karate nie mogę już żyć.😊

NS: Jakieś rady dla przyszłych adeptów sztuk walki?

ML:Hard work pays off”. Jakkolwiek banalnie to brzmi. Sporty walki to szkoła charakteru, więc nigdy się nie poddawajcie, a ciężka praca, którą w to wkładacie, na pewno przyniesie efekty.

NS: Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę kolejnych sukcesów na arenie międzynarodowej.

Autor: Natalia Stojanowska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: