Wróćmy do Nałęczowa

Recepta jest prosta, uderzaj więcej, przyjmuj mniej.


          Większość przyjeżdżających do Nałęczowa to osoby, które mają problemy kardiologiczne. Niedokrwienie serca, nerwicę, czy niewydolność serca. Po odbytym turnusie wszystkie te schorzenia, w mniejszym bądź większym stopniu łagodnieją. Nic dziwnego. Znajdują się tutaj liczne ośrodki wypoczynkowo-lecznicze. Krajobraz jest tak bogaty i malowniczy, ze jest tutaj pięknie o każdej porze roku.  Ale zadajmy sobie pytanie,  po co przyjeżdżają tutaj pasjonaci karate?  Może też na coś chorują…? Nasza redakcja postanowiła wybrać się na ziemię lubelską, aby sprawdzić i odpowiedzieć na to pytanie.

          Otóż większości z karateków nie wystarczają treningi w swoich Dojo z  shihan czy sensei. Od czasu do czasu trzeba wyjść z domu. Potrzeba odkrywania, poznawania nowego, chęć uczenia się, determinacja w dążeniu do doskonałości, to tylko niektóre cechy, które można śmiało przypisać do większości osób ćwiczących karate. I to właśnie te cechy sprawiają, że ludzie chętnie jeżdżą na szkolenia, kursy, zawody czy na obozy. Dlatego shihan Jacek Czerniec od 2012 r. organizuje IKO Polish Fighters Camp & Young Lions Fighters Camp. Jest to obóz na którym motywem przewodnim jest kumite.

          Była to już dziewiąta edycja tego obozu i szósta edycja obozu dla dzieci. W tym roku  Fighters Camp odbył się dokładnie 28.02 – 01.03.2020. Tylko 3 dni? Kto był, ten wie, że przez te 3 dni uczestnicy są skłonni  dać z siebie więcej niż  przez cały miesiąc.  Nabywają też wiedzą, która  pomoże i m wygrać turniej, puchar Polski, mistrzostwo Polski, mistrzostwo Europy… A kto wie – może i mistrzostwo świata. Ale jak tego dokonać? Jak trenować? Jakie ćwiczenia wykonywać? Jak długo?  Jak interpretować nowe przepisy? Shihan Jacek Czerniec myśli, myśli, myśli… może by tak aktualny mistrz  świata open  sprzed paru miesięcy?   Organizatorzy zdecydowali się na zaproszenie drugiego gościa z Japonii w ostatnim momencie. A wszystko to przez nieoczekiwanie dużą liczbę zgłoszeń w ostatnim dniu rejestracji. Do ostatniej chwili nie wiadomo było, kto poprowadzi obóz z sensei Uedą.

          I tak do Nałęczowa  przyjeżdża Mikio Ueda (3 dan) wraz z trenerem kadry Japonii – Makoto Akaishi ( 4 dan).  Wracają bo podobno uwielbiają  polskiego tatara i nie mogą bez niego żyć.  Mikio Ueda prowadził już w poprzednich latach obóz w Polsce – Summer Camp w 2018 r. Natomiast Makoto Akaishi był gościem na Fighters Camp w 2016 r. Sensei Mikio jest aktualnym mistrzem  świata w kategorii open (bez podziału na kategorie wagowe). Biorąc pod uwagę jego dość młody wiek (25 l.) i to, że  te mistrzostwa były niedawno – dokładnie w listopadzie ubiegłego roku – to sensei musi jeszcze pamiętać jak zostaje się mistrzem Świata! Sensei podczas  treningów skupiał się  na tym, aby pokazać skuteczne techniki, akcje czy zachowania na macie, które pozwoliły  mu wygrać ten prestiżowy turniej. Techniki, dzięki którym pokonał np. w półfinale MŚO – Adreia Luzina (rosyjskiego pretendenta do tytułu w 2019 r.). Natomiast trener kadry, sensei Makoto Akaishi, koncertował  się na technikach wycinających, takich jak podcięcie stopą (ashi-kake). Jak już zdołaliście się zorientować, Fighters Camp jest obozem, którego program treningowy jest skupiony  na technikach i metodach walki.

          Dużym plusem Campu jest to, że można podchodzić do egzaminu na stopnie kyu oraz stopnie mistrzowskie do drugiego dana. W tym roku egzamin odbył się wyjątkowo wcześnie. Osoby, które chciały zdobyć wyższy stopień, musiały stawić się o wschodzie słońca, dokładnie o 5.45, w sobotę przed salą, oczekując egzaminatora shihan Jacka Czernieca (6-sty dan) oraz obserwatora z Honbu czyli sensei Makoto Ahaishiego. Zdający po wyjściu komentowali, że nie mogło być lepszej godziny. Ciało wypoczęte, mózg na najwyższych obrotach i ogromna dawka motywacji sprawiły, że ten egzamin nie należał do wyjątkowo trudnych. Część techniczna w sobotę trwała okrągłe 3 godziny. Oczywiście to pierwsza część egzaminu. Co było na egzaminie? Wszystko to, co jest esencją Kyokushin. Czego wymagał egzaminator? Żeby wykonywać każdą technikę, tak jakby wykonywało się ją ostatni raz w życiu! Jakie techniki? Wszystkie! Jakie testy sprawnościowe? Chodzenie na rękach, przeskoki przez pas, szpagat i 100 pompek. Jakie kata? Wszystkie te, które są w wymaganiach IKO.

          Wracając do programu obozu. Harmonogram tradycyjny. Rozpoczęcie obozu w piątek treningiem o godz. 14.30.  Niestety nie wspólnym treningiem. Na turnus leczniczy przyjechało, uwaga, 407 chorych, zagorzałych karateków z całej Polski i nie tylko. Rzeczą normalną jest już to, że ten obóz jest jednym z większych w Europie i do Nałęczowa, czy Zakopanego przyjeżdżają adepci karate z innych krajów. W tym roku  przybyły ekipy z Holandii, Niemiec, Finlandii, Białorusi, Ukrainy, Czech oraz Japonii. Duża ilość chętnych do trenowania z mistrzami zmusiła organizatora do stworzenia 3 grup treningowych z podziałem na wiek. Pierwszeństwo w treningach miały  osoby z wyższym stopniem. Grupę te tworzyli głównie shihan oraz sensei (1986r. i starsi). Druga grupa treningowa wypełniona była głównie reprezentantami  kadry narodowej oraz zawodnikami (2006r.-1986r.) Ostatnią grupą treningową tworzyły dzieci i młodzież (2007 r. i młodsi), na których mówi się Young Lions, kto wie, być może to przyszli mistrzowie świata.  Bardzo dobrze opracowany plan obozu dał wszystkim grupom niemalże identyczne treningi. Dwóch prowadzących zmieniało się na każdy trening.  To sprawiło, że każdy z prowadzących był wypoczęty i z wielkim zaangażowaniem prowadził  zajęcia. Co było po prostu widać. Na pierwszym treningu, gdy ustawiliśmy się według stopni w szeregach na sali, po magicznej komendzie „seiza” każdy już wiedział, po co tu przyjechał. Po lekarstwo. Bogata wiedza oraz umiejętności obu Japończyków z kraju kwitnącej wiśni spowodowały, że byli wstanie pomóc każdemu uczestnikowi turnusu. Sześć sesji leczniczych po 2 h każda. Łącznie 12 godzin wspólnego leczenia  karateckich ciał i dusz. Wiedza i doświadczenie prowadzących „lekarzy” oraz energia i motywacja płynąca z „pacjentów”, to wszystko tworzyło niesamowitą aurę na sali. Duch Kyokushin, o którym tak często wspominał śp. Masutatsu Oyama, był obecny przy każdym ćwiczącym! Każdy trening był jak zastrzyk z endorfiną. Każde wejście na salę było jak wejście w inną czasoprzestrzeń. Każda komenda była jak recepta, wystarczyło tylko ją zrealizować i wykonać najlepiej jak się da! Z każdą kroplą potu wszyscy pozbywali się stresu czy zmartwień. Z każdym oddechem na sali stawaliśmy  się jeszcze mocniejsi, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.

          To, co przekazali w ciągu tych paru treningów przedstawiciele Honbu było bezcenne. Nie oszukujmy się, Europa nie jest pierwsza w kolejce do poznania nowych zasad, technik, czy metod treningowych. Wszystko, co zmienia się w kyokushin, zmienia się w Tokio. To Japonia jest pierwsza w kolejce, aby zgłębiać nowe tajniki karate. Dopiero później nowe rzeczy trafiają  do reszty świata. Własnie dzięki takim obozom, polscy karatecy są w stanie dorównać najlepszym na świecie.  Prowadzący  pokazują wszystko to, co jest aktualnie robione w Honbu.  Rozgrzewka, kihon, elementy walki w parach (zawsze w komplecie ochraniaczy!). Oczywiście największa wagę przykładano do elementów kumite. Sensei  Miko Ueda  demonstrował skuteczne kontrataki. Pokazał kilka wariantów wycięć, głównie po ataku przeciwnika techniką nożną. Było widać, że sensei w swojej metodzie walk stawia nacisk na kontratak, szybkość i nieskazitelną technikę. Przedstawił i wytłumaczył, co jest kluczem do skutecznego odepchnięcia przeciwnika niewielkim kosztem energii. Znów podkreślił, że nie zawsze siłą i wytrzymałością jesteśmy w stanie wygrywać walki. Technika to sedno!  Sukcesem  jego wygranych walk, jak sam powiedział, jest to, że nie wolno być dłużnym więcej niż 4 ciosy. „Jeśli przeciwnik wykonał  mawashi geri gedan, ja oddaje to samo tylko, że mocniej”  Szybkość? „Jeśli widzę, że przeciwnik chce uderzyć, staram się zrobić to przed nim”.  Mikio wszystkie te myśli potrafił w doskonały sposób wcielić w ćwiczenia ido geiko. Jak sam powiedział podczas jednego z treningów, trening ido geiko był kluczowym elementem jego przygotowań do MŚO.

          Sensei Makoto Akaishi mimo że, również kierował uwagę ku doskonaleniu  kumite, to jego treningi były prowadzone w inny sposób. Widać było różnice. Jako wieloletni zawodnik kadry narodowej, a teraz jako trener, ma na pewno ogromny bagaż doświadczeń.   To, co najbardziej rzucało się w oczy, to to, że jego myśl szkoleniowa nie opiera się na wygranej walce, tylko na wygranej  całego turnieju. Trener kadry uczył, jak skutecznie się bronić i jak unikać ciosów. Na którymś z treningów, powiedział słowa które zapadły uczestnikom obozu w pamięci. „Recepta jest prosta, uderzaj więcej, przyjmuj mniej”.  Jego treningi były ewidentnie nastawione na poprawę szybkości reakcji. Decyzja, szybka decyzja i reakcja mogą dać zawodnikowi wazari czy ippon. Na niektórych treningach było  lekkie kumite, na innych ćwiczenie kontrataków, na jeszcze innych wykonywanie prostego, ale skuteczne ido geiko.  Zarówno w piątek, jak i w sobotę odbył się trening kata, mający za zadanie pokazać i wytłumaczyć nowe zmiany w ich układzie. Trening ten nie był obowiązkowy, ale też nie był dla wszystkich, ponieważ fizycznie było to niemożliwe. Tak więc na ostatnim treningu dnia zostawali dojo operatorzy oraz zawodnicy przygotowujący się do mistrzostw Europy, które miały się odbyć we Francji, a dokładniej w Lyonie. No właśnie – miały, bo jak wiemy nie odbędą się z powodu pandemii w Europie. Wracając do obozu, sobota kończy się już tradycyjną sayonarą, na której nie zabrakło dobrego polskiego jedzenia oraz świetnej rodzinnej atmosfery. Sayonara jest świetnym momentem, aby wymienić kilka zdań z przyjacielem-karateką z drugiego krańca Polski. To czas, w którym widać, że  organizacja jest tworzona nie tylko poprzez trening, ale także kontakty międzyludzkie. Każdy karateka ma gdzieś swoich kolegów po fachu, rozsianych w całym kraju, czy Europie. Sayonara pozwala na chwile zapomnieć o egzaminie, ciężkich treningach, czy kontuzjach. Wszyscy się bawią, rozmawiają, żartują, plotkują, jedzą i oczywiście tańczą. Nawet sam mistrz dał się ponieść „ludowej” muzyce disco polo. Organizator postarał się również o atrakcję, jaką był występ dziewczyn z zespołu Passa Passa, które na co dzień trenują w Lublinie.

          Trzeciego dnia nastąpił drugi etap egzaminu, czyli kumite. Jak sama nazwa obozu wskazuje, większość  przyjechała, aby trochę posparować. Często jest tak, że w klubach wszyscy znają się już, jak łyse konie. Ciężko zaskoczyć swojego klubowego kolegę i ciężko być zaskoczonym. Takie obozy dają możliwość powalczenia z osobami, które widzi się pierwszy raz. Głównie  młodzi zawodnicy mają tę ogromną radość i możliwość powalczenia z doświadczonymi zawodnikami. Mogą poczuć, jak to jest walczyć z mistrzynią Europy, Olą Matysiak, czy z innymi utytułowanymi zawodnikami naszej kadry. Najlepsza metoda stawania się lepszym zawodnikiem, to przede wszystkim zdobywanie doświadczenia. Chcesz być najlepszy – musisz mierzyć się z najlepszymi. Mikio Ueda to wie i dlatego stawił się w komplecie ochraniaczy między szeregami, aby móc  powalczyć z zawodnikami. Kto załapał się na krótką, jednominutową walkę z mistrzem, miał niesamowite szczęście. Oczywiście nie każdy mógł z nim  powalczyć ze względu na dużą ilość chętnych, ale też nie każdy miał tyle odwagi, żeby stanąć oko w oko z aktualnym mistrzem świata! Po dwóch godzinach walk przyszedł czas na  zdjęcie ochraniaczy, poprawienie Gi, makijażu i stawienie się do pamiątkowego zdjęcia ze wszystkimi shihan oraz gośćmi z Japonii. Tradycyjnie każdy klub ma swoje zdjęcie z głównymi prowadzącymi. Organizator postarał się o oryginalną pamiątkę. Wszyscy otrzymali kalendarz ze zdjęciami, które były robione właśnie na tym obozie. Kalendarz jest świetny, bo są na nim zaznaczone wszystkie ważne wydarzenia w świecie Karate Kyokushin. Każdy z Nałęczowa wyjeżdżał nie tylko z kalendarzem, ale  przede wszystkim z naładowaną do pełna baterią. Nie mówimy tutaj oczywiście o baterii w telefonie, choć pewnie wszyscy przed podróżą to zrobili. Mowa o baterii, która mieści energie do treningów, motywacje, dobre samopoczucie czy chęć do samodoskonalenia się. Niby wypompowani treningami, a jednak zdrowsi niż przed przyjazdem. Myślę, że każdy znalazł to, po co przyjechał. Dla każdego mogło być to coś innego. Dla jednego egzamin, dla drugiego walka z mistrzem, dla trzeciego towarzystwo, a dla jeszcze innego mocny łomot. Tyle ilu uczestników, tyle potrzeb. Jedno jest pewne. Widać i słychać było, że turnus leczniczy przebiegł zgodnie z planem i wszyscy wracają do swoich dojo uzdrowieni!

          Kto w przyszłym roku dołączy do grona legendarnych prowadzących? W poprzednich latach byli to:  Lechi Kurbanov, Mikio Ueda, Shokei Kamada, Darmen Sadvakasov, Aleksandr Eremenko, Zenjuro Mori, Taichiro Sugimura,  Makoto Akaishi,  Goderzi Kapanadze, Ryo Narushima czy  Hitoshi Kiyama. Może  macie kogoś, kogo jeszcze nie było, a chcielibyście, aby był „lekarzem prowadzącym”? Nieważne kto to będzie, ważne, aby wygospodarować sobie trochę grosza i czasu, abym być tam za rok! Na pewno Shiro Aka tam nie zabraknie!  Tymczasem musimy pokonać walkę z koronawirusem, aby móc spotkać się w Lublinie na Summer Camp 2020! OSU!

Autor: Oskar Mazurkiewicz

One thought on “Wróćmy do Nałęczowa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: