SHIRO AKA

magazyn karate kyokushin

Przez rugby do bobslei, czyli jak ciekawość Oli Matysiak zaprowadziła ją na tor

Czasami mam wrażenie, że całe moje życie jest jednym wielkim treningiem ze sprawdzianami formy w postaci trudnych sytuacji, a przede mną największy dotychczas egzamin.


Shiro Aka: Mam wrażenie, że ostatni rok wywrócił Twoje życie do góry nogami, ale w pozytywnym sensie. Co nowego pojawiło się w Twoim życiu?

Aleksandra Matysiak: Zdecydowanie ostatni rok przyniósł mi wiele rzeczy, o których nawet bym nie pomyślała wcześniej. Jedną z nich, która miała największy wpływ na to, jak wyglądał mój ostatni rok w czasie pandemii, był nabór do kadry narodowej bobslei. Zapoczątkował on kolejną wielką przygodę w moim życiu.

Jak trafiłaś na tor bobslejowy?

To trochę zawiła, ale bardzo ciekawa droga, więc opowiem ją ze szczegółami.  Wszystko zaczęło się od mojej nieposkromionej ciekawości do poznawania nowych rzeczy  i nabywania doświadczenia w sporcie.

Nadszedł czas takiej niepewności w sporcie. Będą zawody albo nie będzie… Przygotowania, które były w planach, trochę się rozmywały.  Nie było tego pełnego ZEN na przygotowania. Treningi były, ale nie było tego celu sportowego, którego nie można w żaden sposób zaburzyć, jak w przypadku przygotowań do mistrzostw Europy – z określoną datą i większą pewnością, że się odbędą.

W tym czasie prowadzone były treningi naborowe do drużyny Legii rugby.

Zwolniłam się 20 min z treningu karate, aby móc wziąć udział w tym treningu. Moim celem było poznanie tej dyscypliny i wyciągnięcie czegoś dla siebie. Są tam fajne ćwiczenia, które można wykorzystać.

Jak to bywa na treningach naborowych  – „przeczołgali” nas, żeby odsiać najsłabsze jednostki. Uwielbiam takie treningi, więc czułam się jak ryba w wodzie. Trener zauważył potencjał. Wziął mnie na bok i tłumaczył dodatkowe rzeczy, co było trochę budujące. Było genialnie i zdecydowałam się podjąć tam dodatkowe treningi. Jednak po konsultacji z obecnym wówczas Shihan musiałam zrezygnować ze względu na wysoką kontuzjogenność w tym sporcie. Było kilka telefonów od trenerów z propozycją, żeby jednak spróbować. Jeden z nich dotyczył innej propozycji. Chodziło o wyjazd na Mazury na testy sprawnościowe do kadry Polski bobslei. Trener uważał, że mam predyspozycje. Tutaj znów górę wzięła moja ciekawość. Jak wyglądają takie testy? Jak wypadnę na tle innych osób? Czemu nie spróbować? Nic nie stracę, a mogę zyskać. Pojechałam. Testy poszły bardzo dobrze. Zostałam wysłana na badania i moje pierwsze zgrupowanie kadry, które zapoczątkowało dalszą drogę.

Na czym polega ta dyscyplina sportu? Chyba mało, kto zdaje sobie sprawę, że to nie takie proste, prawda?

Na pierwszy rzut oka wygląda bardzo prymitywnie – mocno rozepchnąć bobslej, wsiąść i czekać, aż zjedzie do mety.  Tyle widać z zewnątrz, tak myśli wiele osób i tak ja myślałam na samym początku.

Jednak składowych na dobry wynik jest znacznie więcej. Kobiety startują w 2 konkurencjach:

monobobach –  1 osoba rozpycha, wsiada i pilotuje oraz w dwójkach, gdzie jest rozpychający i pilot. Natomiast mężczyźni startują w dwójkach i czwórkach. 

Sam ślizg obejmuje rozepchnięcie boba, którego waga wynosi ok.180kg na dystansie ok. 30m. przez rozpychającego, oraz pilota i wskoczenie do środka.  Rozpychający chowa głowę pomiędzy kolana, chwyta się 2 rurek i liczy w głowie wiraże, aby wiedzieć kiedy zahamować. Pilot ma za zadanie poprowadzić bobslej (za pomocą 2 linek) w linii najbardziej optymalnej, aby zjechać najszybciej i bez crasha. Jest to dosyć skomplikowane, bo każdy tor jest inny, każdy wiraż jest inny. Istotny jest również rodzaj płoz, a nawet temperatura lodu. Trzeba wiedzieć jak wejść w każdy wiraż, jak sterować na wirażu i jak z niego wyjść. Mały błąd może spowodować crash, a przy prędkości 110-120 km/h jest niewiele czasu na zastanowienie się, czy wejść szybko, czy późno, czy sterować mocno, czy lekko, czy jechać na 1, 2, czy na 3? To troszeczkę, jak w kata u nas w karate. Mamy określone schematy (w bobslejach tory) i każdy szczegół musi być szczegółowo poznany i precyzyjnie wykonany.

Ciekawą rzeczą jest również to, że zawodnicy sami obchodzą się z bobem. Należy znać mechanikę boba, wiedzieć, jak go ustawić na określony tor – ustawia się m.in. twardość boba, należy wiedzieć jakie płozy założyć, jak je założyć, jak odpowiednio przygotować (szlifowanie i polerowanie).  Są drużyny, które co ślizg zmieniają płozy, więc trzeba mieć to dobrze opanowane, aby zmiana przebiegała sprawnie. Jest również mechanik w kadrze, który zajmuje się jeszcze bardziej szczegółową mechaniką.

Dla mnie to wszystko oczywiście na plus. Kolejne rzeczy, których nauczyłam się w ostatnich miesiącach.

Pierwszy crash w bobie. I co wtedy? Co się działo w twojej głowie?

Ojoj! Może sprecyzuję – pierwszy crash w dwójce, gdzie siedziałam z tyłu. Pierwszy był w monobobie, gdzie nie było, aż tak źle, ponieważ po crashu kolejny wiraż postawił mnie z powrotem na płozy i dojechałam do mety.

W dwójce to zupełnie inne wrażenie, ponieważ  jest szybciej, rozpychający nie ma tyle miejsca, gdzie może się trochę schować tak, jak pilot, który nogi ma schowane przed sobą. Nie ma żadnego siedzenia, nawet małego oparcia. Jedyne, co ma, to miejsce i 2 rurki, których się trzyma. Naturalne jest, że siła odśrodkowa wciska mocno do środka, w szczególności, kiedy przeciążenia dochodzą do 4-5 G.  Natomiast podczas crasha prędkość maleje i po czasie może trochę „wyciągać”, więc trzeba się mocno trzymać. Mój pierwszy crash był w Winterbergu. Może powiem tak – nigdy wcześniej nie trzymałam się niczego tak mocno, jak wtedy tych dwóch uchwytów. Na drugi dzień czułam, jak wszystko było spięte , właśnie od trzymania. Jeśli chodzi o głowę, to fizycznie kask po jednym sezonie do wymiany. Przy tej prędkości tarcie głową o lód, jak można się domyśleć – nie jest zbyt przyjemne. Natomiast jak chodzi o psychiczną stronę, to była delikatna blokada, chociaż gdzieś z tyłu głowy była ta świadomość, że trzeba to pokonać, bo jest to nieodłączna część treningu. Zdarza się. Tak, jak u nas zdarza się „zgasić komuś światło”, tylko w większej częstotliwości. Potrzebowałam jednak chwili czasu, której akurat w tamtym okresie nie miałam, żeby to poukładać w głowie. W tej chwili wiem, czego mogę się spodziewać i nie jest to już takim zaskoczeniem.

Jaki system treningowy narzuca Ci drugi sport? Jak często masz zgrupowania? Czy Twoje życie nie zamieniło się nagle w jeden wielki trening?

Czasami mam wrażenie, że całe moje życie jest jednym wielkim treningiem ze sprawdzianami formy w postaci trudnych sytuacji, a przede mną największy dotychczas egzamin.

System treningowy bobslei jest dosyć przyjazny, jeśli chodzi o pogodzenie tego z treningami karate. Jest to sport zimowy, którego sezon startowy rozpoczyna się w listopadzie, a kończy w lutym/marcu. Jest to czas, kiedy jest sporo wyjazdów zagranicznych na różne tory. W karate to okres, kiedy nie ma największych imprez sportowych. Najważniejsza dla mnie z karateckich imprez jest w tym roku w połowie listopada – ME w Katowicach.  Okres przygotowawczy, który odbywa się w miesiącach marzec-październik oparty jest na treningach, które odbywają się w Polsce. Przez jeden tydzień każdego miesiąca odbywa się zgrupowanie kadry narodowej w COS. Mają tam miejsce treningi oparte na treningu biegowym i treningu siłowym. Budowana jest również ścieżka do rozpychania w COS w Cetniewie, co zwiększy możliwości treningowe.

Podczas tego tygodnia odbywają się treningi pod okiem świetnych trenerów, a także testy sprawnościowe mające zweryfikować naszą pracę pomiędzy zgrupowaniami. W tym czasie mamy możliwość konsultacji i wizyty u fizjoterapeuty. Po takim tygodniu, każda z osób otrzymuje indywidualny plan do realizacji od trenerów, z którymi mamy stały kontakt po powrocie do domu. Plan może ulec modyfikacji po konsultacji z trenerem w przypadku przygotowań do zawodów w innej dyscyplinie, tj. u mnie karate. Jest sporo osób, które równolegle uprawiają lekkoatletykę i również szykują się do zawodów w tym czasie. Jeśli chodzi o treningi, to można dostosować sposób wykonania treningu odpowiednio do momentu cyklu treningowego w przygotowaniach do zawodów karate.

Ponadto, jeśli ktoś podejmuje pracę i nie ma możliwości uczestniczenia w całym tygodniu zgrupowania, to nie ma problemu – może wtedy przyjechać w wybrane dni.

Raz w miesiącu odbywa się spotkanie całej kadry kobiet online w celu  weryfikacji realizacji planu, zgłoszenia ewentualnych uwag lub też przeciwwskazań.

Połączenie karate i bobslejów to nietypowa mieszanka. Jakie nastroje panują w kadrze kyokushin, a jakie w bobslejach? Te dwa sporty to udany związek czy raczej zazdrosne o siebie kochanki?

Ha ha, wiesz… Myślę, że bardziej udany związek. Natomiast szydło wyjdzie z worka, kiedy będzie okres wejścia w sezon startowy bobslei. Tam jednak może okazać się, że coś się pokryje. Na chwilę obecną jednak skupiam się na tu i teraz oraz szukam pozytywów.

Ciężko jest wypowiadać się w tej chwili na temat kadry kyokushin z tego względu, że ostatni większy wyjazd na zawody był w grudniu 2019r. do Mińska, a zgrupowanie kadry było ponad 2 lata temu. Dawno nie miałam okazji spotkać się,  spędzić więcej czasu i porozmawiać w tym gronie. Ogranicza się to jedynie do spontanicznie organizowanych treningów w klubach, gdzie udaje się przyjechać kilku zawodnikom. Jest szansa, że pojawi się więcej zawodników na najbliższym SUMMER CAMP, na który się wybieram. Nie mogę się doczekać! Kadra bobslei się powiększa. W tej chwili jest etap poznawania wielu nowych i ciekawych osób. Nastroje myślę, że bardzo pozytywne, bo cała działalność kadry idzie w dobrym, rozwojowym kierunku.

Może wróćmy do karate. Gdzie teraz trenujesz? Jak oceniasz powrót do stacjonarnych treningów?

To kolejna zmiana, jaką przyniósł mi ostatni rok. Trenuję w BUSHI TEAM u Sensei Krzysztofa Markowskiego. Korzystam też z wiedzy i pomocy Sensei Maćka Millera. Jestem zadowolona ze zmiany i myślę, że korzystnie wpłynie na mój dalszy rozwój.

Pomimo, że każdy trenował przez ten czas, jak mógł, to jednak grupa osób ćwiczących była bardzo okrojona. Powrót wszystkich bardzo pozytywnie wpłynął na moje samopoczucie na treningach. To ludzie tworzą tę niepowtarzalną atmosferę na treningu, której bardzo mi brakowało. Grunt to dobrze się czuć i robić to, co się kocha!

Myślę, że każda osoba zmuszona trenować przed monitorem poczuła ogromne korzyści z możliwości powrotu na salę lub do DOJO.

Pandemia dała w kość wszystkim. Ale powoli wszystko budzi się do życia. Otwierasz ten powrót mocno czy raczej stopniujesz napięcie i powoli wracasz do startów, żeby znów wspiąć się na szczyt?

Bardzo brakowało mi rywalizacji na zawodach karate. Ostatni mój start przed pandemią był w grudniu 2019r., więc całkiem spora przerwa. Ten sezon startowy jest dla mnie krótki, ponieważ składa się z majowego makroregionu wschodniego i mistrzostw Polski, które odbędą się w połowie czerwca, więc pomimo mocnych przygotowań same starty traktuje, jako powrót na matę. Roczny cel to mistrzostwa europy w Katowicach, na który nastawiam się najbardziej i cały cykl treningowy będzie ukierunkowany na te zawody. Zostało już tylko 5 miesięcy!

Z pewnością będziemy ci kibicować w Katowicach! Jesteś jedną z najbardziej lubianych karateczek w Polsce. Zdobyłaś sympatię niewiarygodną skromnością. A kiedy się na ciebie patrzy, nie można się do niczego przyczepić. Po prostu „robisz swoje”. Czy Ola Matysiak ma jakieś zmartwienia? Co motywuje ją do tak ciężkiej pracy nad sobą?

Ha ha, nie mów tak, bo w piórka obrosnę! Zawsze jest coś do poprawy. Czy to w sferze fizycznej, czy psychicznej. Całe życie trzeba nad sobą pracować.

Myślę, że każdy ma jakieś małe i większe zmartwienia, więc mam i ja. Ostatnio przeważają niestety te większe. Wpływa na to wiele czynników tj. pandemia, która moim zdaniem bardzo mocno wpłynęła na psychikę wielu ludzi, zaczynając od bieżących spraw po wyciągnięcie starych brudów sprzed lat na wierzch.

Tak naprawdę to mam sobie wiele do zarzucenia, widzę więcej wad, niż zalet, dostrzegam wiele braków i myślę, że to właśnie pragnienie bycia taką osobą, jaką postrzega mnie wielu ludzi, daje mi motywację i siłę do pracy nad sobą. Muszę cały czas gonić, żeby dogonić tę Olę, o której napisałaś.

Zdjęcia wykorzystane w artykule pochodzą z archiwum prywatnego Oli Matysiak, a także archiwum Shiro Aka.

Z Olą Matysiak rozmawiała Natalia Stachowicz

1 KOMENTARZ

  1. Bardzo pozytywna i inspirującą osoba. Ciekawy wywiad, który pokazał, że nawet w pandemii można (i trzeba) znaleźć plusy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *