Siła jest kobietą cz. 2

Karate kyokushin jest dla mnie całym życiem, nauczyło mnie patrzeć w głąb siebie i dbać o swoje wartości, którymi są: wolność, niezależność i przyjaźń.

Agata Winiarska

…Zarówno przed jak i po zawodach podczas dyskusji wyznaczamy sobie cel, co warto utrzymać, a co zmienić i pod to wszystko układamy całość programu. Ja dodatkowo wprowadziłam sobie tydzień przed zawodami – czas totalnego luzu, aby odpowiednio wycelować ze szczytem kompensacji i być w maksymalnej formie, żeby nie być zmęczoną w dniu startu. Kilka turniejów musiało minąć i przejść koło nosa, żebym to zauważyła i wiedziała jak to wyczuć. To jest kwestia bardzo indywidualna. Niektórzy z moich kolegów jeszcze się przygotowują i dalej mocno trenują, a ja już sobie odpuszczam i wiem, że to jest dla mnie najlepsze. Treningi oczywiście są, ale lekkie, krótsze, bym mogła złapać świeżość.

Shiro Aka: Mimo zapasu doświadczeń cały czas się szkolisz. Regularnie bierzesz udział w corocznych Kongresach Psychologii Sportu w Warszawie. Jaką wagę jako sportowiec przywiązujesz do sfery psychicznej?

Agata Winiarska: To jest kluczowe, ale niestety często niedoceniane. Dużo osób ma myślenie, że wizyta lub praca z psychologiem, oznacza że coś jest z człowiekiem nie tak. Ta dziedzina zaczęła być inaczej traktowana kulturowo, dzięki temu, co zrobił Adam Małysz, który otwarcie powiedział… Miał kończyć karierę, a nagle zrobił życiowe wyniki, po tym, jak zaczął prace z psychologiem. To też sprawka mojego shihana, który zasugerował podczas przygotowań, abyśmy spotkali się z doktorem Janem Supińskim. Kojarzyłam doktora ze studiów na AWF-ie we Wrocławiu. Bardzo dobrze wspominam pracę z nim. Wypracowałam sobie kluczowe rzeczy, które są dla mnie ważne i bardzo mi pomagają do teraz. Poukładał mi w głowie wiele kwestii. Często po rozmowie z nim czułam, że w sumie to nie było nic odkrywczego, ale psycholog w taki sposób to mówił, że ogarniało mnie olśnienie. Przecież to wszystko jest takie logiczne, czemu ja tego nie robię. To było piękne.
Myślę, że kyokushin również wiele o tym mówi – wszystko jest w głowie, ważne aby poznać ducha. Można nazwać to psychologią czy „kyokushin spirit”, ale moim zdaniem to jest właśnie ta silna głowa. Kiedy prowadzę treningi, staram się przemycać trochę kwestii związanych z nastawieniem i akceptacją siebie, bo to jest niezmiernie ważne. Również sposoby radzenia sobie są istotne, ponieważ często mówi się, że gdy człowiek jest dobry w karate, to poradzi sobie w życiu. To zależy od ciebie, jak wewnątrz poukładasz swoje sprawy, żeby poradzić sobie z trudnościami. Karate pomaga naprowadzić cię i znaleźć scenariusz, którego użyjesz w codziennym życiu.

W czasie Twojej długiej kariery z pewnością pokonywałaś liczne problemy i przezwyciężałaś kryzysy. Co jako doświadczony karateka mogłabyś poradzić osobom, szczególnie młodym, które napotykając na różne przeszkody, często zniechęcają się i nie mają motywacji do treningu?

Po pierwsze muszą zadać sobie jedno zasadnicze pytanie – po co to robią? Nic na siłę. Jeżeli komuś się to nie podoba i nie widzi w tym siebie, a uprawia karate czy ogólnie sport ze względu na rodziców, to nie ma sensu tego robić. Ja na dwa lata zrezygnowałam z karate. Akurat w moim przypadku ze względu na kontuzję, zabieg, który musiałam przejść, ale też koleżanki i trochę mi to uciekło. Jednak wróciłam, szczególnie ze względu na przyjaciół, którzy mnie namówili na obóz. Miałam wtedy 5 kyu i plan był, abym jechała zwyczajnie dla towarzystwa. Po tym obozie zostałam na treningach do dziś. Co bym powiedziała młodzieży? Pomyślcie, co z tego możecie mieć. Posiadanie pasji i czegoś swojego jest bardzo ważne. Często spotykamy się ze znajomymi, imprezy, różne miejsca, ale możemy czuć się zgubieni i nie wiemy jaki mamy cel i co chcemy osiągnąć. Nie mówię, że karate jest rozwiązaniem na wszystko, ale bardzo dużo pomaga. Same relacje z ludźmi, sfera psychiczna, fizyczna. Niekoniecznie trzeba być zawodnikiem, można sobie trenować po prostu dla siebie, zdobywać pasy i mieć swój własny cel rozwoju. Kryzysy ma się wszędzie. Trenując i nie trenując, te kryzysy przychodzą. Karate uczy, w jaki sposób sobie z tym radzić. Wartościowe przyjaźnie ukształtowane podczas ciężkich obozów czy treningów, gdy wchodzisz w taką sferę emocjonalną, że te relacje są niezmiernie mocne. Ja to widzę. Mam dużo więzi z dzieciństwa z ludźmi, z którymi zaczynałam ten sport. Te przeżycia trwają. Bardzo ważne jest, aby popatrzeć całościowo i odpowiedzieć sobie na pytanie czego chcą.

Można zauważyć na żywo, ale także w mediach społecznościowych, że tworzysz wraz z przyjaciółmi z dojo bardzo zgrany team. Przede wszystkim damski. Potwierdzają to szczególnie hasztagi oraz Instagram pod nazwą „Babski Lamot Team”. Gdzie swoje źródło ma ta idea? Czy płeć piękna przeważa na sali treningowej?

Czy przeważa? Swojego czasu mieliśmy więcej dziewczyn na treningach niż chłopaków.
Myślę, że jak zwróci się na to uwagę, nie tylko w karate, to można zauważyć, że dziewczyny nie odpuszczają, są bardzo wytrwałe i zawzięte, jak postawią sobie cel, to starają się za wszelką cenę go osiągnąć, choćby nie wiem co. To może być zaleta lub wada, ale w tym wypadku myślę, że to ta pierwsza. Jesteśmy w większości, my kobiety wbrew pozorom bardzo zaangażowane i silne w karate, kiedy kyokushin może z zewnątrz wydawać się męskim sportem. Jeżeli chodzi o sam „Babski Lamot Team” to nawiązując do psychologii, mówi się, że szatnia jest bardzo ważna. Szatnia tworzy wyniki, zespół. U nas się to wytworzyło. Szatnia jest zgrana, dlatego zrobił się nam taki zgrany team. Wzajemnie się wspieramy. Mamy różne kryzysy, każda w innym czasie i wtedy nawzajem się wspieramy. Kobiety są też bardzo stadne i robimy dobrą wspólnotę. Nie ma oceniania, a pojawia się raczej wsparcie.
Dzięki temu, że szatnia dobrze funkcjonuje to przekłada się na wyniki, wspólne starty i więzi jeszcze bardziej się zacieśniają. Cały czas mówiliśmy „Lamot Team” i nawet nie wiem dokładnie, kiedy to się wydarzyło. Jednak faktycznie kobiety rządzą, w końcu siła jest kobietą. Stwierdziłyśmy, że to dobry pomysł i wywiązał się on raczej naturalnie.

Sztuki walki są coraz bardziej promowane na świecie, szczególnie wśród kobiet. Na swojej stronie wspomniałaś, że „siła jest kobietą”. Czy możesz odnieść się do tych słów? Jaka jest sytuacja kobiet, w kyokushin, oraz w całym świecie sportu, który jednak w większości jest męską wyspą?

Ogólnie sytuacja kobiet się poprawia, ale dalej mamy dużo do zrobienia. Ja jestem feministką w pracy, ale właściwie to wszędzie. Feminizm często jest źle rozumiany, jako swego rodzaju misja kobiet, które chcą wyeliminować mężczyzn i same rządzić. To wcale nie prawda, ponieważ one chcą po prostu równego traktowania. W Polsce nie od tak dawna te prawa się zrównały. Ostatnio była dopiero setna rocznica możliwości głosowania kobiet. Sto lat to nie jest tak dużo, aby zmienić kulturowe przyzwyczajenia i postrzeganie społeczeństwa. Mamy jednak mocno tradycyjny model rodziny, gdzie kobieta jest w domu, zajmuje się dziećmi i rezygnuje z pracy na pewien czas. One także mają potrzeby rozwoju. Należy wspierać je w tym, że mogą chcieć i to wszystko jest możliwe.
Jeżeli chodzi o sport, w tym przypadku kyokushin, przez pewien czas była duża niesprawiedliwość, dysproporcja w traktowaniu kobiet na zawodach. Nawet jeżeli chodzi o nagradzanie. Zdarzyło się, że kobiety stały poza podium. Była różnica w nagrodach. Pamiętam, gdy podczas mistrzostw Polski najlepszy zawodnik otrzymał laptopa, a zawodniczka tylko dyplom. Przykro jest, gdy się na to patrzy, ponieważ od razu dewaluuje się sposób walki i występy kobiet. Faktycznie jest inny sposób walki, ale wydaje mi się to równie widowiskowe, szczególnie gdy patrzy się na takie osoby jak Margarita Čiuplytė, którą uwielbiam oglądać, ma niesamowity styl. Nie mamy tyle samo siły co mężczyźni, ale gdy walczą ze sobą dwie kobiety, to siła jest widoczna. Tutaj nie chodzi o to
, abyśmy wygrywały z dużo cięższymi mężczyznami, tylko o to byśmy toczyły walki między sobą podczas turniejów, żeby były one widowiskowe i doceniane jak w przypadku mężczyzn.
Ogólnie w sporcie widzę, że to traktowanie jest różne. Dużo jest akcji i ruchów, aby to poprawić. Myślę, że idziemy w dobrą stronę, ale cały czas trzeba o to dbać.

Karate to sztuka, forma walki, samodoskonalenia, ale przede wszystkim ludzie, a szczególnie przyjaciele. Nietrudno zgadnąć, że wśród nich jest również Ania Bojda. Wspólne kongresy psychologii, zawody, treningi oraz przygotowania do startów. Jednak pewnego czasu podczas wielu finałów byłyście przeciwniczkami na macie. Czy mogłabyś powiedzieć jak zaczęła się ta przyjaźń? Czy ma swoje początki rzeczywiście w karate?

Przyszłam do wrocławskiego klubu, gdzie Ania trenowała już wówczas rok. Byłam trochę przestraszona, pierwszy rok studiów. Dodatkowo wiedziałam i znałam shihan Lamota z obozów i wiedziałam, że jest mocną postacią w świecie karate, a nawet że sieje pewien postrach. Początkowo poznałam koleżankę Iwonkę, która pełna ciepła i entuzjazmu pokazała mi całe dojo. Ania siedziała na korytarzu i czekała na trening. Pamiętam, że miała założone ręce i zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu z miną typu „co ty tu robisz, po co tu przyszłaś”. Oho! Pierwsze co sobie pomyślałam, że z nią to chyba się nie zakoleguje. Jak widać wyszło zupełnie inaczej. Myślę, że jak już wspominałam, miały na to wpływ wszystkie wspólne przeżycia, rozmowy. Dużo się dzieje w życiu, a ty zostawiasz to wszystko przychodząc na trening. Jesteś jednak człowiekiem, więc nie możesz się emocjonalnie odciąć od tego, więc naturalne jest dzielenie się tym z ludźmi. Wspólny czas, obozy, treningi, ekstremalne sytuacje, zmęczenie, często jesteś na skraju, zastanawiając się czy nie rzucić wszystkiego i wyjechać w Bieszczady. Myślę, że to tak nas połączyło. Poza tym oczywiście jest cudowną osobą, zdolną, otwartą, szczerą i autentyczną, co bardzo cenie w ludziach. Ta przyjaźń przez wiele lat bardzo ewoluowała i znamy się do kości. Często wystarczy, że popatrzymy się na siebie i wiemy, co druga myśli. Poza tym wspieramy się podczas kryzysów. Ciągniemy się pozytywnie w górę. Bez Ani byłoby dużo trudniej i wielu rzeczy bym nie osiągnęła.

Dużo podróżujesz. Udział w mistrzostwach rangi międzynarodowej wiąże się z wizytami w różnych krajach. Czy wśród odwiedzonych przez Ciebie miejsc, możesz wyróżnić jedno, które zrobiło na Tobie największe wrażenie?

Nie będę chyba oryginalna. Japonia. Zawsze ten świat wydawał się taki odległy. Jednak jak już tam się znalazłam, to pomyślałam, że w sumie wsiadłam w samolot, doleciałam i to wcale nie jest tak daleko. Kultura, jedzenie było czymś niesamowitym. Myślę, że każdy w miarę możliwości powinien odwiedzić Japonię, zobaczyć ludzi, poznać kulturę. Każde podróże poszerzają horyzonty i ja osobiście jestem otwarta na różne kultury. Uważam, że jest to piękne, gdy możemy uczyć się od siebie i czerpać dużo rzeczy.

Czy masz jakieś inne zainteresowania oprócz karate, na które poświęcasz wolny czas?

Jak już mam jakiś wolny czas. Interesuje się psychologią, więc staram się wgłębiać w tę dziedzinę. Dodatkowo próbuję się rozwijać w pracy, gdzie ostatnio moja rola ewoluowała.
Lubię gotować. Od pewnego czasu nie jem mięsa i to bardzo rozwinęło mnie to kulinarnie. Zaczęłam szukać różnych rozwiązań, żeby jedzenie było smaczne i zróżnicowane. Można sobie wyszukać ciekawe przepisy i próbować. Ciastka owsiane, tofu, sojowe produkty. Słodycze jak najbardziej. Oczywiście trzeba szukać jakichś zdrowszych zamienników. Śmiejemy się, że po zawodach w różnych miejscach kuli ziemskiej, nieważne gdzie, ale wszystkie dziewczyny jesteśmy takie same i widać, jak wrzucamy zdjęcia tortów, ciastek, co by to nie było słodkiego.

Jak już wspominałam jesteś bardzo utytułowana i dodatkowo jako obserwator mogę śmiało stwierdzić, że znasz ten sport „na wylot”. Posiadasz 3 dan. Jednak karate to ciągła droga. Czy jest jakiś element, cel, który pragniesz osiągnąć? Zarówno krótko-, jak i długotrwały.

Wydaje mi się, że ja ciągle nic nie wiem. Im więcej wiem, tym mam wrażenie, że jednak mniej. Uwielbiam jeździć na zgrupowania, słuchać i obserwować różnych ludzi, którzy pokażą ci ciekawostki. Nawet inne ustawienie stopy stanowi odkrycie. Wow, tak można robić, teraz cały czas będę to trenować! To jest piękne w kyokushin, że nie ma końca. Zdobycie czarnego pasa to dopiero początek. Pojawia się wrażenie, że skoro mam czarny pas to muszę więcej wiedzieć, zgłębiać to wszystko, wiedzieć z czego wynika, jak to przekazać innym. Oczywiście myślę, aby w przyszłości zdać egzamin na 4 dan. Jednak bardzo dobrze pamiętam egzamin na 3 dan i nie śpieszno mi na razie. Z pewnością chciałabym podjąć obronę mojego tytułu -Mistrzostwa Europy. Dodatkowo spodobało mi się prowadzenie seminariów. W tym roku prowadziłam jedno w Niemczech, w zeszłym w Norwegii. To jest niesamowite, ponieważ musisz odpowiednio przekazać wiedzę, aby ludzie ją zrozumieli i odpowiednio ich poprawiać. Każdy jest inny i to jest bardzo odkrywcze, wiele mi to daje i rozwija. Chciałabym bardziej nauczyć się przekazywać swoją wiedzę.

Jak w jednym zdaniu, od serca mogłabyś opisać czym dla Ciebie jest karate kyokushin?

Karate kyokushin jest dla mnie całym życiem, nauczyło mnie patrzeć w głąb siebie i dbać o swoje wartości, którymi są: wolność, niezależność i przyjaźń.

Bardzo ci dziękuje za rozmowę, to była czysta przyjemność.

Autorka: Anna Wiatrowska

Siła jest kobietą

Podczas pandemii Allegro było jej! Treningi, seminaria na metrze kwadratowym! Niezmiernie bogate doświadczenie i wiedza. Wywiad z Agatą Winiarską.


Shiro Aka: Z pewnością większość osób zna twoją sylwetkę w świecie sportu, a szczególnie w kyokushin. Wielokrotna medalistka mistrzostw Polski, Europy oraz zdobywczyni medalów, w tym tego najcenniejszego podczas mistrzostw świata KWU, jak i federacji IFK. Śmiało można powiedzieć, że twój dorobek oraz doświadczenie kariery zawodniczej są niezmiernie duże i zapewne bogate w historię. Jak zaczęła się Twoja przygoda z karate i jak długo już trwa?

Agata Winiarska: Zaczęła się bardzo dawno temu, w wieku 7 lat w małej miejscowości pod Opolem, gdy mój pierwszy trener zapytał, czy nie chciałabym przyjść na zajęcia karate, gdzie trenowała moja koleżanka Beata. Na początku rodzice zdziwili się, że dziewczynka ma takie zainteresowanie, ale nie ograniczali mnie i zaczęłam brać udział w treningach. Może myśleli, że po roku mi się znudzi, ponieważ wcześniej grałam na pianinie, rok śpiewałam w chórze, łapałam się wszystkiego i byłam ciekawa wielu rzeczy. Tak się zdarzyło, że z karate zostałam dłużej i teraz trwa to 23 lata. W tym czasie miałam małą dwuletnią przerwę.

Jak trafiłaś do Wrocławskiego Klubu Karate?

Mój ówczesny sensei – Andrzej Ochowicz, powiedział, gdy wybierałam sobie studia – „jak ty chcesz się bić, chcesz się dobrze tego nauczyć, to idź do Wrocławia, do sensei Lamota i wybierz sobie tam jakieś studia”. Tak też zrobiłam i przyszłam tutaj. Po prostu posłuchałam się.

Skoro jesteśmy przy wspomnieniach. Czy pamiętasz swoje pierwsze zawody oraz egzamin na 1 dan?

Niezbyt dobrze pamiętam. Miałam 7-8 lat, zaczynałam w kata, ale nigdy nie byłam „wymiataczem” tej konkurencji. Zdobywałam jakieś medale w konkurencji dziecięcej, ale do czołówki nigdy nie dotarłam. Mistrzostwa Opolszczyzny czy zawody klubowe były wówczas moimi celami, ale dokładnie nie pamiętam.
Egzamin na czarny pas pamiętam bardzo dobrze. To było dla mnie ważne. Początkowo marzyłam, aby mieć zielony pas, ponieważ wydawał się taki dojrzały. Kiedyś ten stopień był bardzo poważany, dużo znaczył. Teraz to trochę się zdewaluowało, ale w przeszłości to było wysokie osiągnięcie. Jak już był ten zielony, to teraz po tylu latach czas na czarny pas. Właściwie to jest jedne z pierwszych pytań, które ktoś z zewnątrz ci zadaje, dowiadując się że trenujesz karate – „ masz czarny pas?”. Pamiętam, że egzamin na 1 dan odbywał się w Warszawie na zgrupowaniu i było dość ciężko. Jednak ja byłam już kilka lat w mocnym przygotowawczym treningu do zawodów pod kątem kumite, więc największy stres stanowiła dla mnie część kata, na którą nigdy odpowiednio nie było czasu na grupie zawodniczej, więc 3-4 miesiące przed egzaminem regularnie je praktykowałam.

Jak wspominałam lista twoich osiągnięć jako zawodniczki jest długa i zapewne to jeszcze nie koniec. Czy wśród nich jest jedno, które stanowi dla Ciebie najważniejszą „perełkę”?

Tak. Najważniejszym były zeszłoroczne mistrzostwa Europy, kiedy zdobyłam złoty medal (Litwa, Wilno 2019). Na pierwszych Mistrzostwach Europy wystartowałam w 2010 i od tego czasu przeszłam długą drogę zdobywając złoto właśnie w Wilnie. Wcześniej również były medale srebrne czy brązowe, ale cały czas brakowało mi tego najcenniejszego kruszcu i wiedziałam, ze trzeba to wreszcie dopiąć! Myślę, że w zeszłym roku doznałam nawet takiej ulgi i nareszcie nadrzędny cel, jakim był złoty medal, został osiągnięty.

Obecnie wszystko wraca do normy. Jednak przygotowania, starty, a nawet treningi w świecie całego sportu w ostatnim czasie uległy zmianie na skutek pandemii. Mistrzostwa Europy w Tbilisi, do których prężnie się przygotowałaś zostały odwołane i przeniesione na inny termin. Jak poradziłaś sobie z nową sytuacją? W jaki sposób trenowałaś i motywowałaś się do aktywności?

To było bardzo trudne i zależało mi, aby móc stanąć do obrony tytułu Mistrzyni Europy. Jak już się zdobyło to następnie trzeba obronić. Byliśmy w trakcie ciężkiego treningu, w połowie marca, gdy ogłoszono kwarantannę w kraju, a w kwietniu był termin zawodów. Dostaliśmy w Polsce informacje i zalecenia zostania w domu, natomiast nie było jeszcze oficjalne informacji odnośnie mistrzostw. Nadzieja umiera ostatnia, więc mocno wierzyłam, że mimo to wszystko wróci do normy. Takie moje życzenia. W związku z niewiadomą trzeba było dalej uskuteczniać treningi. Od razu zakupiłam sobie mnóstwo sprzętu: mate, hantle, kółko, gumy etc. „Allegro było moje!” Hahahaha!
Starałam się układać tak treningi, aby utrzymać sprawność, ale wiadomo, że niestety nie było kumite i kontaktu z partnerem. Miałam wrażenie, że ten czas niewiadomej o zawodach trwa wieczność. Poza tym trzeba było poradzić sobie z tą cała energią. Byliśmy przed fazą wyciszenia i łapania super kompensacji, więc byłam cała nabuzowana. Muszę siedzieć w jednym pokoju i pracować, a potem mam dwa metry do kuchni i ten obszar ruchu był mocno ograniczony, roznosiło mnie od środka. Szczególnie po tym jak bieganie zostało zabronione. W tej sytuacji trenowałam na tym „metrze kwadratowym”. Były treningi online, nawet kadry narodowej, żeby nasze morale nie upadły. Jak nas wypuścili i poszłam biegać to czułam się niczym te małe dzieci, które wybiegają na podwórko! Jednak wszystko musiałam sobie przetrawić, kiedy ten nadrzędny cel sezonu został odsunięty. Doszłam do wniosku, że jest to czas na inne rzeczy np. praca nad techniką. Nie mogłam usiąść, obrazić się na cały świat i czekać. Aktywność musiała być.

Wzięłaś udział w akcji treningów online „Never stop training”. Czy mogłabyś powiedzieć coś na ten temat?

To była idea karateckich kolegów z Francji, aby poprzez treningi online wzajemnie się motywować. Czasem jest się ciężko zmobilizować do pracy, a jak się z kimś umówisz na konkretną godzinę i video, to masz więcej zacięcia. Nagle zgłaszały się osoby z różnych rejonów. Idea ewoluowała, zaczęto zapraszać gości i mobilizować całą Europę, a nawet więcej, bo również udział wzięła moja koleżanka z Kanady. Ja także zostałam poproszona o poprowadzenie zajęć, a oczywiście takie rzeczy zawsze na tak! Biorę! Jednak nie ukrywam, to było trochę stresujące – trening online, ludzie mają jakieś oczekiwania, a ty masz naprawdę mało miejsca. Wyniosłam z mieszkania stół z krzesłami, aby móc zrobić zenkutsu dachi. Chciałam, aby trening był wartościowy i miał jakiś logiczny ciąg. Dostałam pozytywny odbiór, ludzie się cieszyli, więc to mnie także nakręciło. Wow! Gdy choć jedna osoba była zadowolona i coś wyniosła to już mnie bardzo cieszy.

Nietrudno zauważyć, że jesteś bardzo aktywną osobą. Trenujesz, jeździsz na obozy, prowadzisz treningi i dodatkowo pracujesz. Czy posiadasz jakieś super moce i tajne umiejętności organizacji czasu? Gdzie czas na życie prywatne i odpoczynek?

Zauważyłam taką zależność, że mając więcej rzeczy na liście, jestem bardziej zorganizowana. Kiedy przychodzi wolny dzień, to mam wrażenie, że coś uciekło i nie wiem, co zrobiłam. Myślę że to zaczęło się w moim przypadku na studiach, kiedy trenowałam, pracowałam i studiowałam dziennie. Da się, tylko trzeba w odpowiedni sposób to zaplanować. Kiedy zaczynałam studia później, robiłam sobie wcześniejszą zmianę w pracy, brałam niezbędne rzeczy treningowe i potem po zajęciach szłam od razu do dojo. Super mocy nie posiadam, ale myślę, że nie jestem jedyna, bo bardzo dużo osób tak organizuje dzień. Pomaga mi szykowanie posiłków dzień wcześniej, przygotowywanie odpowiednich pudełek z jedzeniem i wtedy nawet w pracy wiem wszystko co i jak, nie muszę zastawiać się, co i gdzie zjeść. Ważna jest też organizacja kalendarza. Nie ukrywam, że mój mąż stwierdził w pewnym momencie, że nie ogarnia, gdzie ja jadę i kiedy, więc założył dzielony kalendarz Google, żeby mu nic nie umknęło, co gdzie i kiedy mam!

Zauważyłam, że przykładasz dużą wagę do mobilności oraz rozciągania. Co sądzisz na temat formy mobility, a także ćwiczeń rozciągających i czy Twoim zdaniem jest to potrzebny element, szczególnie wśród karateków?

Myślę, że w przypadku karateków jest tyle rzeczy potrzebnych, że nie starcza czasu na wszystko, aby o to zadbać. Swoim doświadczeniem przeżywałam rzeczy, których dopiero potem się uczyłam. Przeszłam wiele kontuzji, bo wiadomo miałam podejście, że trening musi być mocny, muszą być duże ciężary i tylko pakuj, pakuj i najlepiej wykorzystaj cały trening, aby zrobić jak najwięcej i jak najmocniej. No niekoniecznie. Na początku, gdy pojawiały się kontuzje, to „młodzieńcza głupota”, oczywiście wszystko samo przejdzie. Dopiero później doznałam mądrości i mnie oświeciło, że należy skorzystać z pomocy fizjoterapeuty, aby pomógł mi wyjść z kontuzji. Potem weszłam na następny etap, jeszcze wyższy, gdy zrozumiałam, że taka fachowa pomoc może być po to, aby w ogóle uniknąć kontuzji i można zapobiegać wszelkim przeciążeniom.
Następnym etapem było zrozumienie, jak ważne jest samodzielne rozciąganie i nasza mobilność, dzięki czemu mogę unikać kontuzji i zapewniać ciału całokształt. Karate, które jest sportem wymagającym siły, wytrzymałości , szybkości i rozciągnięcia zawiera tyle elementów, które trzeba połączyć. Tak samo jak sportowiec, który wymaga połączenia wielu kwestii, nie tyle związanych z ruchem, ale też z odpowiednim jedzeniem, głową, słuchaniem własnego organizmu, aby móc dalej ćwiczyć na wysokim poziomie i nie odpuszczać. To jest piękno naszej dyscypliny.
Wracając do pytania, myślę, że to jest kluczowe, aby nie skupiać się tylko na sile, wytrzymałości. Rozciąganie, trening mobilność i technika też są ważne. Z techniki wychodzi siła, szybkość i oczywiście brak kontuzji. Dodatkowo rozciągnięcie i mobility dostarczają sportowcowi pewnego kompleksowego traktowania ciała.

Czy mogłabyś ogólnie opisać, w jaki sposób przygotowujesz się do startów? Jakie rodzaje treningów wprowadzasz zarówno w makro, jak i mikro cyklu? Jaka formę regeneracji stosujesz?

Zawsze mam problem z regeneracją, aby znaleźć ten moment na pełny wypoczynek. Zaczynając od początku. Bardzo mocno polegam na moim shihanie Jacku, który mnie inspiruje i mocno mnie ukształtował, ponieważ zawsze był otwarty na różne nowe rzeczy. Dużo szuka, sprawdza na sobie i nie zamyka się na jeden typ treningu na wiele lat. Tego mnie nauczył. Wspólnie siadamy przed ważnym sezonem, patrzymy na ilość czasu i układamy plan. Zazwyczaj w ciągu roku są dwa najważniejsze cele – obecnie mistrzostwa Europy czy świata. Te zawody „pomiędzy” są traktowane jako przedstarty. Kiedyś głównym celem były mistrzostwa Dolnego Śląska, potem Polski, a teraz traktuje to jako trening, ponieważ mam świadomość, że wówczas jestem zazwyczaj w cyklu siłowym, więc moja szybkość nie będzie równać się innym zawodniczkom i dziewczyny mogą być dużo lepiej przygotowane. Jednak trzeba poświecić pewne rzeczy na swojej drodze, kiedy ma się inny nadrzędny cel.
Zazwyczaj planujemy to w takich trzech cyklach, 3 miesiące wcześniej. Podczas pierwszej części robimy siłę, ale nie taką typową, staramy się budować wytrzymałość mięśnia. Sztangi, ciężary, gumy na siłowni, ale wdrażamy też treningi biegowe jako trening wydolnościowy, zaczynając od długich dystansów umiarkowanym tempem. Następnie w ramach zbliżania do startów włączmy interwały. Nienawidzę biegania cztery- czy dwu- setek, jednak wiem, że daje mi to efekty. Po prostu moje ulubione dystanse… ale oczywiście skuteczne. Wiadomo, że wraz ze zbliżaniem do startu jeszcze bardziej się skraca, treningi także, aby uzyskać strzał wydolnościowy. W przypadku siły zaczynamy robić treningi obwodowe, stacyjne na czas. Bardzo podobają mi się wówczas typowe ćwiczenia karateckie, np. uderzanie z hantlami lub kopanie z gumami oraz z udziałem skrzyń. Nie jest to typowy trening wytrzymałościowo-siłowy, bo wplatamy w to elementy naszego wiodącego sportu. Oczywiście w samym dojo treningi taktyczne, w parach, z tarczami to podstawa. Wiadomo, że pojawiają się również zajazdowe 3-2-2…


Jeżeli chcesz dowiedzieć więcej na temat Agaty i jej formy treningów, śledź Shiro Aka i wypatruj drugiej części wywiadu, w której znajdziesz ciekawe rady, trochę psychologii, ale także coś o przyjaźni i wspólnocie.

Autorka: Anna Wiatrowska

Challenge karate, czyli #16shiroaka

Karatecy z całej Polski pokazali, że dzisiejsze trudności nie pozwalają na przerwę w treningach i spadek formy. Dotychczasowy odzew na zadanie wyznaczone przez redakcję magazynu Shiro Aka był ogromny, a do challenge’u przystąpili zawodnicy i trenerzy z całej Polski. Jest to odpowiedź na popularny trend nagrywania 16 wersów muzyki rap, ale nam-karatekom oczywiście lepiej wychodzi kopanie, dlatego też, aby wziąć udział w challenge’u należy wykonać jak najwięcej kopnięć mawashi chudan w ciągu 16 sekund.

Chętni nagrywają swoje filmy na salach treningowych, w domach, a nawet na szczytach gór, ich kreatywność nie zna granic. Determinacja zawodników prowadzi do osiągania coraz lepszych rezultatów, możemy powiedzieć, że przyczyniliśmy się do powstania nowej konkurencji sportowej w dzisiejszej dobie pandemii, co jest wydarzeniem na skalę krajową, a nawet światową. Chęć konkurowania, mimo obowiązujących ograniczeń okazała się silniejsza niż odpoczynek, a treningi online nie wystarczają. Pamiętajmy, że mimo zabawy i samej rywalizacji jest to nieodłączna część trybu życia zawodnika karate, pozwala ona zaczerpnąć względnie niedużej, ale nieodłącznej części atmosfery zawodów.

Zadanie wydaje się proste, jednak aby się o tym przekonać i poczuć powiew sportowej rywalizacji należy spróbować, dlatego też trenujemy i nominujemy kolejnych!

Autor: Patryk Wekwejt

Stawiając czoła pandemii

Jak kluby karate poradziły sobie z pandemią?


Pandemia koronawirusa spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Jeszcze w połowie zimy nikt nie spodziewał się, że zaraza tak mocno rozsieje się po świecie i tak bardzo zmieni nasze życia. Podczas Fighters Camp, na początku marca, wielu żartowało sobie z epidemii, która już zaczynała rozwijać się w Europie. Tydzień po campie odbyły się, jak się okazało – ostatnie zawody w tym sezonie, a więc mistrzostwa makroregionów. Wtedy większość zawodników szykowała się do głównych startów sezonu, czyli kwietniowych mistrzostw Polski i Friendship w Tokio, majowych mistrzostw Europy w Lyonie, czy czerwcowych mistrzostw świata kobiet w Nowym Jorku. Tydzień po mistrzostwach makroregionów miały odbyć się jeszcze Otwarte Mistrzostwa Hiszpanii.

I wtedy stało się coś, co w prawdzie mogło być do przewidzenia, ale w tamtym czasie zdawało się surrealistyczne i wręcz niemożliwe. Wirus zaczął zalewać Europę, równolegle wdzierając się również do Polski. Sytuacja zmieniała się nie tylko z dnia na dzień, ale nawet z godziny na godzinę. Pamiętam, że sam jeszcze 10.03 prowadziłem normalnie treningi i według oficjalnych informacji nic nie wskazywało na to, że przez następne 2 miesiące nie zobaczę moich podopiecznych. Owszem – były już rozwieszone dozowniki z płynem dezynfekcyjnym, a rodzice nie byli wpuszczani do szkół, ale mimo, że coś dziwnego i niepokojącego było w powietrzu – wszyscy raczej podchodzili do sprawy optymistycznie i liczyli na to, że przy odpowiednim zachowaniu higieny będą mogli normalnie żyć.

Tak się jednak nie stało. Nastał dzień, który przewrócił wszystko do góry nogami. Najpierw w Polskę poszły informacje o zamknięciu szkół, w których były podejrzenia ognisk epidemii, po to, by dosłownie chwilę później Minister Edukacji zamknął wszystkie szkoły. Dezinformacja, telefony, SMSy, w końcu wszystko jasne. Co najmniej na 2 tygodnie działalność klubów działających w szkołach zostaje zawieszona. 

Ponieważ zamknięcie szkół miało potrwać 2 tygodnie – duża część klubów po prostu zawiesiła treningi, inne postanowiły załatać „dziurę”. Takim łataniem na początku były treningi online, prowadzone w serwisie YouTube. Prawdopodobnie pierwszym klubem, który wystartował z treningami w internecie był KKK Toshi. Treningi u nich ruszyły już 11.03, gdy jeszcze w niektórych dojo odbyły się ostatnie treningi stacjonarne. 13.03 KSW Bushi ruszyło ze swoimi „zadaniami dnia”, czyli krótkimi codziennymi filmikami publikowanymi na Facebooku. 14.03 rozpoczęły się treningi Masters Dojo, a 16.03 do grupy klubów prowadzących treningi na żywo na YouTube dołączył Mazowiecki KKK. Tego samego dnia Olsztyński KKK zaczął dawać dostęp do treningów online członkom swojej grupy na Facebooku. Następnie niektóre kluby rozpoczęły transmisje treningów na platformie Zoom i przez Skype. Wszystko to były rozwiązania dobre na chwilę. Niestety, w okolicach 20 marca zamknięcie szkół zostało przedłużone do 14 kwietnia, a cały kraj, podobnie jak reszta świata, został objęty kwarantanną. Zamknięto też siłownie, kluby fitness i wszelkie kluby sportowe w ramach „zamrażania gospodarki” na czas epidemii. To oznaczało, że sytuacja potrwa dłużej, a kluby nie mogą już tylko „zapchać dziury” po treningach, a całkowicie przestawić się na działalność w internecie. 27 marca Mazowiecki KKK prawdopodobnie jako pierwszy zaczął publikować nagrane treningi i robił to w dość dużej skali. Oczywiście inne kluby również nie próżnowały, ale nie sposób wszystkich wymienić, ponieważ pod koniec marca już zdecydowana większość klubów karate w ten czy inny sposób prowadziła treningi za pośrednictwem nowych technologii. Instruktorzy karate w ciągu 2 tygodni stali się operatorami kamer, youtuberami i montażystami, a ich treningi cieszyły się bardzo dużą popularnością. Wiele klubów prowadziło treningi na Zoomie, czego najciekawszym przykładem był trening ku pamięci Masutatsu Oyamy, który 26.03 zorganizował shihan Jacek Czerniec. W treningu wzięły udział 253 osoby z sześciu krajów, a gościem specjalnym był shihan Katsuhito Gorai.

Kolejnym ciekawym tematem są turnieje kata, które część klubów przeprowadziła z powodzeniem przy pomocy platformy Zoom. Oczywiście nie da się w ten sposób przeprowadzić „pełnowartościowego” turnieju, ale był to ciekawy sposób na zaktywizowanie ćwiczących. O krok dalej poszedł KSW Bushi, który przeprowadził online nawet egzamin na pomarańczowe pasy dla dzieci. Czy nie poszli za daleko – oceńcie to sami, jednak na pewno należą im się brawa za kreatywność.

Ostatecznie okazało się, że świat karate wspaniale odnalazł się w czasie pandemii. Nie mogliśmy walczyć i rywalizować, ale nie porzuciliśmy sportu, stylu życia i naszych klubów. Klubowicze pozwolili klubom przetrwać ten trudny czas, zachowując przy tym dobrą formę i codzienną aktywność, a instruktorzy wychodzą z pandemii z nowymi doświadczeniami, umiejętnościami i wspomnieniami.

Obecnie powoli wracamy do normalności – treningi odbywają się w reżimie sanitarnym, z zachowaniem odstępów i przeważnie w miejscu, ale najważniejsze jest to, że wspólnie przetrwaliśmy jako środowisko ten czas i teraz możemy się spotkać na sali lub w plenerze.

Mam nadzieję – do zobaczenia wkrótce!

autor: Krzysztof Dziuda

Podcast #9 – Grzegorz Stachurski

Ahoj! Rozmawiamy z sensei Grzegorzem Stachurskim, który oprócz tego, że prowadzi dojo w Hiszpanii, jest kapitanem i pływa po wodach międzynarodowych. Mówimy o pandemii w Hiszpanii, o tym, jak to jest prowadzić dojo za granicą, a także o tym, że Hiszpan Hiszpanowi nierówny. Pytamy też o przekop Mierzei Wiślanej – czy ma ona sens i jeśli tak, to jaki? Nastawcie odbiorniki i do dzieła!

Podcast #8 – Daria Dobkowska-Szefer

Rozmawiamy z karateczką, trenerką, dietetykiem – Darią. Oprócz tego, że jest to bardzo utytułowana zawodniczka, jest to także skarbnica wiedzy żywieniowej. W podkaście znajdziesz odpowiedzi na pytania: Jak zdrowo zrzucić wagę przed zawodami? Jak prawidłowo nawadniać organizm? Dlaczego mamy mylne pojęcie o pracy dietetyka? Obalamy też wiele mitów związanych z żywieniem. Przestrzegamy przed niektórymi dietami. Oprócz tego Daria opisuje, jak wygląda praca z pacjentami. Na większość pytań odpowiedź może brzmieć „to zależy”. Posłuchaj, dlaczego tak jest…

Drugi na świecie

Jakub Kraśniak ma 18 lat i tytuł Wicemistrza Świata World elite junior 16-17 lat -75kg, wywalczony w dniach 22-24 listopada w Tokio, podczas 12th World Open Karate Championship And Women’s World Open Championships. Na co dzień uczeń II klasy Akademickiego Liceum Ogólnokształcącego w Przasnyszu.


Shiro Aka: Może zapytam na początku jak się czujesz mając świadomość tak ogromnego sukcesu, jakim jest tytuł Wicemistrza Świata Juniorów?

Jakub Kraśniak: Jestem bardzo zadowolony z wyniku, który udało mi się uzyskać. To niesamowite uczucie.

SA: Wspaniale. Zacznijmy jednak od początku. Od czego zaczęła się twoja przygoda ze sportem, z karate?

JK: Sportem interesowałem się od dziecka, na początku piłką nożną, którą również trenowałem. W dzieciństwie uwielbiałem serial „Z kopyta”, produkcji Disney XD stworzony przez Jima O’Doherty’ego i wówczas bardzo chciałem trenować jakąś sztukę walki. Tak się złożyło, że mój nauczyciel wychowania fizycznego, w szkole podstawowej, współtworzył w naszej szkole sekcję karate. Sensei Wojciech Gołębiewski, który do dziś jest moim trenerem, przyszedł kiedyś na lekcje, rozdał ulotki o tworzonej grupie. Oczywiście zainteresowałem się tym i tak rozpoczęła się moja przygoda z karate.

SA: Od dawna trenujesz?

JK: Treningi zacząłem w 2011 roku, czyli trenuje już 9 lat.

SA: Czy po tylu latach możesz powiedzieć, że karate stało się częścią Twojego życia i wiele Cię nauczyło?

JK: Tak, to jest duża część mojego życia, a zarazem karate jest najlepszym nauczycielem, jeśli można tak powiedzieć. Karate nauczyło mnie, że do wszystkiego można dojść ciężką pracą, jeśli będzie się ją sumiennie wykonywało. Dodatkowo zrozumiałem, jak ważny jest szacunek do osób starszych wiekiem, czy stopniem. No i oczywiście, a może nawet przede wszystkim, nauczyło mnie dyscypliny i samodyscypliny, które są tak bardzo potrzebne w treningach i przygotowaniach do zawodów.

SA: Samodyscyplina – jak odnosi się do życia młodego człowieka? Przecież, jako nastolatek masz wiele potrzeb z tym związanych, jak choćby życie towarzyskie i, przede wszystkim, nauka w szkole.

JK: Ustalmy – życie młodzieżowe w trakcie przygotowań do zawodów jest niemożliwe. Łączenie treningów ze szkołą jest również bardzo ciężkie. Jednak, jak każdy nastolatek, są też rzeczy, które lubię robić, gdy tylko mam wolny czas, mianowicie pograć w CS’a czy pójść na ryby.

SA: Patrząc na te ograniczenia i ogólnie na przebieg treningów, czy miałeś momenty, że chciałeś zrezygnować z uczestnictwa w zawodach, a nawet z samego karate?

JK: Chyba każdy zawodnik miał w swoim życiu chwile słabości. Również miałem. Bardzo często w trakcie przygotowań, gdy natłok wszystkiego nagle zaczyna się kumulować, pojawia się w mojej głowie chęć, by przestać trenować i odpocząć od tego wszystkiego. Potrzebuję wówczas chwil, by poukładać myśli i trenować dalej.

SA: Wracając do treningów. Pamiętasz swoje pierwsze zawody? Co Cię skłoniło do wystartowania w nich?

JK: Chęć rywalizacji i sprawdzenia swoich możliwości.

SA: Czy przed zawodami z góry zakładasz w jakiej kategorii wagowej chcesz walczyć i w tym kierunku się przygotowujesz?

JK: Dużą rolę w przygotowaniach odgrywają rozmowy z Sensei, z którym ustalamy w jakiej kategorii wagowej będę startował. Następnie z dietetykiem dopasowujemy odpowiedni sposób odżywiania. Moim zdaniem dieta ma bardzo duży wpływ na formę, jaką się prezentuje na zawodach.

SA: Czy korzystasz z innych form treningowych niż karate, aby jeszcze lepiej się przygotować?

JK: Oprócz samych treningów karate bardzo ważna rolę w moich przygotowaniach odgrywa trening siłowy.

SA: Wróćmy do Mistrzostw w Tokio. Jak wyglądały Twoje przygotowania do nich, kto cię przygotowywał?

JK: Przygotowywałem się u siebie, w Ciechanowskim Klubie Karate Kyokushin. Trenowałem 5 razy w tygodniu oczywiście pod okiem mojego trenera Senseia Wojciecha Gołębiewskiego. Przygotowania trwały od początku mojej drogi z karate poprzez Mistrzostwa Polski, Europy. Mistrzostwa Świata planowaliśmy z Senseiem na zakończenie mojej juniorskiej kariery.

SA: Opowiedz o samych mistrzostwach. Ile musiałeś stoczyłeś walk? Czy jesteś zadowolony z ich przebiegu?

JK: Musiałem stoczyć 3 walki. Dwie skończyłem przed czasem, nie miałem większych problemów na macie. Najgorszy był stres przed pierwsza walką. Walkę finałową stoczyłem z zawodnikiem z Japonii. Niestety w walce półfinałowej odnowiła mi się kontuzja stopy, a mój przeciwnik bardzo szybko to zauważył i wykorzystał. Być może, gdyby nie to, gdybym był w pełni sprawny, to walka mogłaby potoczyć się całkiem inaczej.

SA: Myślisz, że mógłbyś wygrać? Nie było żalu, że tak mało zabrakło do mistrzostwa?

JK: Oczywiście, że był żal, chyba każdemu byłoby szkoda, ale cieszyłem się z drugiego miejsca. To ogromne osiągnięcie jest przede wszystkim nagrodą za wszystkie moje wyrzeczenia, które musiałem do tej pory ponieść i jest uwieńczeniem wszystkich trudów i wylanego na treningach potu. Choć myślę, że walka finałowa to mogła być walka na moją korzyść, chociaż tego nie dowiemy się już nigdy, mogę mieć tylko przypuszczenia i motywację do dalszej pracy. Tak naprawdę ogrom sukcesu, który odniosłem dotarł do mnie dopiero w trakcie powrotu do Polski, gdy cała adrenalina ze mnie zeszła i mogłem spokojnie spojrzeć na wszystko.

SA: Powiedziałeś, że największym problemem był stres przed pierwszą walką. Jak sobie z nim radzisz? Czy korzystasz z pomocy specjalisty? Może masz jakąś złotą radę, receptę?

JK: Ze stresem radzę sobie sam. Najczęściej wkładam słuchawki do uszu i staram się za dużo nie myśleć. Mnie to pomaga, ale każdy powinien znaleźć swój indywidualny sposób. Jeżeli ktoś potrzebuje, to oczywiście nie neguję rozmów ze specjalistami.

SA: Czy chciałbyś wywalczyć sobie możliwość udziału w następnych mistrzostwach świata?

JK: Oczywiście, że chciałbym. Jest to jednak bardzo trudny temat, ponieważ po skończeniu liceum chciałbym dostać się do Szkoły Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej. Muszę przede wszystkim bardzo dużą uwagę poświęcić nauce. To teraz taki mój główny cel do zrealizowania. Zobaczymy, jak wszystko się ułoży.

SA: Zapytam Cię jeszcze o rodziców. Czy akceptują twój sportowy wybór?

JK: Rodzice odgrywają bardzo dużą rolę w moim sportowym rozwoju. Tak naprawdę zawdzięczam im prawie wszystko, co osiągnąłem. Począwszy od dostosowania ich życia do dowożenia mnie na treningi przez wsparcie finansowe, niezbędne i konieczne, kończąc na wsparciu takim po prostu rodzicielskim. Myślę, że już zaakceptowali mój wybór. Zapewne są ze mnie i moich osiągnięć bardzo dumni. Na pewno się martwią i stresują, pewnie często bardziej niż ja, jestem tego wręcz pewien. Osobiście nie lubię, gdy są na sali, a mamie zawsze każę wychodzić z sali przed moją walka. Jednak wiem, że zawsze mogę na nich liczyć i to jest najważniejsze.

SA: Myślę, że jesteś wspaniałym przykładem dla wielu młodych zawodników, tak dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z karate, jak również dla tych, którzy już trenują od dłuższego czasu. Twoja postawa i osiągnięta pozwalają uwierzyć, że warto, choć czasami jest trudno. Dziękuję ci bardzo za wywiad i oczywiście życzę mnóstwa następnych sukcesów. OSU!

JK: Proszę bardzo i dziękuję również. OSU!

Autor: Kacper Kanicki

Praca z małym wojownikiem

Czy każdy trener może prowadzić grupę dziecięcą? Czego wymagają od prowadzącego mali wojownicy? Czy tylko cierpliwość jest kluczem do sukcesu? Natalia Stojanowska rozmawia z Renatą Baklińską (3. dan) z Gdańskiego Klubu Kyokushin Karate.


Natalia Stojanowska: Karate trenujesz od najmłodszych lat. Prowadzisz grupy dla najmłodszych, choć nie tylko. Spod Twojej ręki wyszło wielu dobrych zawodników karate. Czy treningi z dziećmi wymagają jakiegoś specjalnego przeszkolenia?… Może cierpliwości?

Renata Baklińska: Oczywiście potrzeba przede wszystkim DUŻO cierpliwości, jak również odnalezienia w sobie po części dziecka. Przede wszystkim jednak należy poznać motorykę dziecka, jego rozwój fizyczny i psychoruchowy, aby równomiernie wspomagać rozwój ciała młodego adepta sztuk walki. To właśnie dlatego, ja jako trener, cały czas staram się podnosić swoje umiejętności i kwalifikacje uczestnicząc w obozach szkoleniowych oraz seminariach instruktorskich.

NS: Od ilu lat prowadzisz grupy dziecięce i jakich najmłodszych adeptów karate szkoliłaś?

RB: Od około 12 lat prowadzę grupy dziecięce w Gdańskim Klubie Kyokushin pod okiem shihana Bogusława Jeremicza. Od kilku lat wprowadziliśmy również treningi dla najmłodszych. Można u nas trenować począwszy od 4 roku życia. W naszym Klubie najmłodsi trenują w pięciu różnych grupach z podziałem na wiek i stopień zaawansowania.

NS: Czym różni się trening dla grupy dziecięcej w wieku 4- 6 latków od grupy dziecięcej w wieku 7 lat? Czy jest jakaś różnica?

RB: Treningi dla dzieci opierają się w głównej mierze na zabawach ruchowych i sprawnościowych z elementami sztuki karate. Oczywiście, im dzieci są starsze i posiadają dłuższy staż treningowy, to można wprowadzać, i tak też robimy, coraz więcej elementów treningu karate i z każdym treningiem go rozbudowywać.

NS: Jak liczne są grupy dla najmłodszych? Czy łączysz treningi grup 4-6 latków z grupą 7 latków?

RB: Prowadzone przeze mnie dziecięce grupy treningowe są bardzo liczne, szczególnie te najmłodsze w wieku 4-6 lat, ale także grupy początkujące. Nigdy nie łącze grup wiekowych, gdyż uważam, że to nie byłoby dobre rozwiązanie. Każda dziecięca grupa wiekowa prowadzona jest przeze mnie oddzielnie, w tym również z podziałem na poziom zaawansowania.

NS: Czy mogłabyś opisać przykładowy trening dla najmłodszych? Jak zazwyczaj wygląda taki trening? Ile trwa?

RB: Czas trwania treningu jest uzależniony od grupy wiekowej. Treningi karate grupy 4-6- latków trwają 45 minut, zaś grupy 7-12 latków – 60 minut.
Każdy trening, niezależnie od grupy i poziomu zaawansowania rozpoczyna się rozgrzewką w miejscu lub w ruchu, a następnie – w zależności od grupy wiekowej i poziomu zaawansowania – rozpoczyna się główna część treningu, podczas której uczymy się lub powtarzamy techniki karate, zarówno ręczne jak i nożne, wykonujemy ćwiczenia sprawnościowo-siłowe, które mają na celu w głównej mierze wzmocnić mięśnie. Cały trening przeplatany jest zabawami.

NS: Czy dla najmłodszych są organizowane dodatkowe formy szkolenia, np. obozy.

RB: Oczywiście, że tak. Nasz Klub co roku organizuje obozy letnie m.in. w Dębinie czy w Piechowicach oraz seminaria zimowe w Ciechocinku czy Inowrocławiu. Oprócz tego, organizujemy dzieciom treningi nocne z nocowaniem w Dojo. Jest to duże przeżycie dla najmłodszych i świetna zabawna. W okresie letnim wychodzimy z dziećmi i prowadzimy treningi na plaży.

NS: Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę kolejnych sukcesów w pracy z dziećmi.

Autor: Natalia Stojanowska

Kumite mózgów (cz. 2)

Wyprostowana sylwetka, wzrok skierowany przed siebie, szukający kontaktu z przeciwnikiem, dłonie formułują się w pięści, głęboki wdech i wydech. Stoisz… czekasz na swój moment, chwilę, gdy otrzymasz sygnał wejścia na matę. Czujesz kontrolę, spokój, dreszczyk emocji, a może zimny pot spływający po plecach? Shomen ni rei! Shushin ni rei! Otogai ni rei! Kamaete! Hajime! Zaczęło się, ten krótki moment, wyczekiwany od rana właśnie się zaczął, ale pojawia się znak zapytania – jak się skończy? Aka czy shiro? Czerwony czy biały?


        Praca indywidualna, osiąganie mistrzostwa i innych celów, w których znaczącą rolę odgrywa psychologia, już wspomnieliśmy. Czy jest coś jeszcze? Owszem!

        W życiu sportowca, który brał czynny udział w rywalizacji, pojawia się zazwyczaj moment, w którym postanawia albo jest zmuszony zakończyć swoją karierę zawodniczą. Tego rodzaju momenty potrafią być nie tyle frustrujące, co niezmiernie bolesne, a nawet prowadzące do depresji. Rola psychologa sportowego w tym przypadku jest istotna, ponieważ śmiało można powiedzieć, że podczas współpracy stanowi  podporę, na której ma możliwość oparcia się poszukujący wsparcia były zawodnik. Czy musi on nauczyć się żyć na nowo? Odpowiedź mogłaby brzmieć „to zależy”, jednak warto podkreślić, że zazwyczaj tempo funkcjonowania w świecie może zwolnić. Istotny jest powód związany z podjęciem decyzji o zakończeniu kariery, czy realizowania treningów. Można wymieniać przeróżne czynniki mające na to wpływ, od wieku po kontuzję – uniemożliwiającą dalsze realizowanie planów zawodniczych, a nawet aktywność ruchową. Szczególnie w przypadku tego drugiego rola psychologa odgrywa ważną rolę. Dotychczasowy rytm, plan dnia, doświadczana podczas turniejów adrenalina – znikają, co może zachwiać równowagę sportowca, dla którego dotychczas stanowiło to rutynę. Jest on niczym świeczka, która została zgaszona, bardzo często bez szansy ponownego jej zapalenia, gdyż uniemożliwia to kontuzja. Może słyszeć z różnych stron tłumaczenia, racjonalizacje, że „przecież to nie koniec świata”. Właśnie nie do końca. Zakończenie kariery zawodniczej osoby skoncentrowanej na osiągnięciach i celach mistrzowskich, przerwanie treningów spowodowane urazem fizycznym mogą stanowić w subiektywnym odczuciu sportowca „totalny” koniec świata. Wiąże się to z różnymi interpretacjami. Biorąc za przykład reprezentantów dyscypliny karate kyokushin, może ona stanowić dla nich całe życie, być formą odważnika, dzięki któremu zachowują równowagę w codziennym funkcjonowaniu. Może też być sferą buforową okalającą i wpływającą na funkcjonowanie z innymi, jak i z samym sobą, z własnym ja. W związku z tym, gdy zawodnik kończy karierę, mogą narodzić się problemy, które w zależności od osoby i jej możliwości adaptacyjnych, niczym zmiana miejsca zamieszkania, mogą zostać różnie odebrane. Jedni sobie poradzą, inni nie. W tym właśnie momencie, szczególnie dla tych drugich, powinien wkroczyć psycholog sportowy. Nie powie ci, co masz zrobić, ale nakieruje cię, żebyś znalazł odpowiedź na to pytanie. Jest to oczywiście zależne od woli sportowca, w związku z tym nic nie może być narzucane oraz kształtowane na siłę. Warto wspomnieć, że bardzo często sportowiec wypiera powstały problem, myśląc, że wszystko jest w porządku. W gruncie rzeczy, rzeczywiście tak może być, ale w niektórych przypadkach, w zależności od temperamentu i innych kwestii kształtujących postawę, jak i osobowości byłego już wówczas zawodnika, może on zacząć szukać doznań w używkach, co będzie widocznym przejawem nieradzenia sobie z nową sytuacją.

        Negatywny stan, przedłużający się, nieprzyjemny, smutny, a zarazem wewnętrznie męczący sportowca nastrój, związany z brakiem wysiłku fizycznego i rywalizacji, może przerodzić się w poważne schorzenie. Nie powinno się tego bagatelizować. Początkowo ciężko taki stan zauważyć, nie będąc rozeznanym, szczególnie z perspektywy samego sportowca. Ważna jest wtedy inicjatywa ze strony bliskich, czy przyjaciół.

        Kontuzje, uniemożliwiające dalszą karierę, przerwanie treningów i inne wspomniane już aspekty to niejedyne pola manewru psychologii . Warto podkreślić także, że sprawa może potoczyć się zupełnie inaczej i miłośnik sportu może uzależnić się od treningu, ale w negatywnym znaczeniu. Zazwyczaj słyszy się słowa, że jest to przecież dobre uzależnienie. Jednak pojawia się istotna różnica – można zrobić sobie dużą krzywdę nie słuchając organizmu. Nie ma problemu w tym, że ktoś chce dużo trenować. Problem pojawia się w momencie, kiedy zgubi samoświadomość. Chodzi szczególnie o brak kontroli, traktowanie ruchu i wykańczającego wysiłku jako sposobu na zbagatelizowanie problemów lub jako ucieczkę. Mimo dostarczenia dużej dawki endorfin oraz możliwości wyrzucenia negatywnych emocji, nie jest to wystarczające, ponieważ prowadzi wyłącznie do chwilowego zagłuszenia i przyćmienia kłopotu. Na pewno spotkaliście się ze stwierdzeniem, że „uderzanie w worek daje mi możliwość wyżycia się i wyrzucenia wszystkiego złego z wnętrza siebie”. Owszem, wyżyjesz się, ale nie rozwiążesz problemu, musisz znaleźć na to inny sposób.

        Nietrudno zauważyć, że jest dość dużo czynników w życiu sportowców, które mogą spowodować bałagan w głowie. Co jest kluczem do sukcesu? Z pewnością jego składnikami są godziny spędzone na treningu w dojo, odpowiedni sprzęt, partnerzy, z którymi ćwiczymy, czy zwyczajne szczęście. Wieloletnie przygotowania do wymarzonego stanięcia na macie są jednak nierozerwalnie związane z naszym umysłem. Kiedy myślisz, że robisz wszystko, wykazujesz maksymalne zaangażowanie, twoja technika i sprawność fizyczna są wręcz idealne, a jednak coś  nie idzie po twojej myśli, pojawia się jakaś blokada, zastanów się czy problem  nie leży w twojej głowie.


Trzy, dwa, jeden, yame! Shizen tai, pierś do przodu, zmęczona, a zarazem pełna werwy mimika. Silny, głęboki oddech. Czekasz. Tak, to tu i teraz. Hantei! Co teraz? Aka czy shiro? Czerwony czy biały?

Autor: Anna Wiatrowska

PODCAST #7 – Cezary Kotecki

Rozmawiamy z Cezarym Koteckim, karateką-biznesmenem. Mówimy o początkach kyokushin oraz o definicji „prawdziwego” karate. Pojawia się także tajemnicza nazwa „sexy pupa”, a zaraz po tym przechodzimy na temat sensu legalizacji marihuany. Rozmawiamy także o konstrukcji polskiego kościoła. Koniec podcastu przeznaczamy na porady dla ludzi dotkniętych kryzysem. Porady wprost od prawdziwego biznesmena.