Niewidzialny przeciwnik

Która godzina? Siódma. Normalnie wyszedłbym pobiegać albo do pracy. Ciepło mi pod tą kołdrą, więc zostanę. Która godzina? Dwunasta!? Tak szybko? Jeszcze przecież nic nie zrobiłem. Powinienem posprzątać swoje biuro, praca online, jakiś trening? W sumie to nie chce mi się. Nie wiem, kiedy będzie normalnie, więc po co? Kiedy jakiś obóz, start? Sam? Kiedy zobaczę się z innymi ? Może wszystko się przesunie i nie ma sensu kierować się wcześniej ustalonymi datami? Chyba zostanę pod kołdrą.


         Korona jest jednym z symboli władzy i może kojarzyć się z historią, królami i zamkami. Taki kolor jak złoty, czy towarzyszący mu połysk, wzbudzają raczej podziw, aprobatę oraz podkreślają pozycję. Z pewnością w ostatnim czasie słowo „korona” zaczęło nabierać inną kolorystykę wyobrażeń – bardziej negatywną, męczącą i kojarzoną z ograniczeniami. Nie trudno domyślić się, że chodzi o koronawirusa, który w ciągu krótkiego czasu zmienił nasze funkcjonowanie, a gdzieniegdzie sparaliżował bycie w świecie, przewracając wszystko do góry nogami. Karatecy zostali postawieni przed nowym wyzwaniem, ale w tym wypadku kumite będzie odbywało się z innym przeciwnikiem – niewidzialnym wrogiem, któremu należy stawić czoła.  Z perspektywy sportowca może być to bardzo trudne, ponieważ większość trenujących osób jest odcięta od sal, siłowni, basenów, a szczególnie od klubowiczów, którzy wpisywali się w pewną rutynę spotkań z innymi.  Dodatkowo warto podkreślić istotę problemu, jaką stanowi niewiedza, brak informacji dotyczących końca kwarantanny i wprowadzonych zmian. Wiele osób było w okresie intensywnych przygotowań do ważnych zawodów lub w trakcie sezonu startowego. Niczym przycisk delete na klawiaturze, w przeciągu kilku dni zostały one odwołane, bądź przeniesione na inny odległy termin, który również niekoniecznie jest pewny. Mistrzostwa krajowe, ale także Europy w karate kyokushin, bez względu na organizację, nie odbędą się w ustalonych wcześniej terminach. Ponadto największa impreza sportowa, jaką oczywiście są igrzyska olimpijskie, odbywające się co cztery lata, w pewnym momencie znalazły się pod znakiem zapytania. Organizm najzwyczajniej szaleje, pojawia się stres, ale także frustracja. „Brak igrzysk, czyli brak sensu?”.

          Większość sportowców znalazła się w podobnej sytuacji. Z pewnością inny zakres problemu będzie dotyczył amatorów, a inny zawodowców, ponieważ szczególnie dla tych drugich udziały w różnych mistrzostwach lub prowadzenie treningów, stanowiły formę utrzymania. Jednak wszędzie podstawą jest ruch. Okres kwarantanny może przypominać kontuzję, podczas której także jesteśmy ograniczeni. Mimo to, pojawia się znaczna różnica – dalej możesz realizować się i kontynuować to, co dotychczas, tylko ze zmianami, czasem mniejszymi lub większymi. Wszystkim dobrze znana wielokrotna medalistka zimowych igrzysk olimpijskich – Justyna Kowalczyk, podkreśliła w wywiadzie po zakończeniu kariery, że dla niej nie było możliwości „od tak przestania się ruszać”. Oczywiście nie mamy partnerów treningowych, specjalnych sprzętów. Praktycy sportów zespołowych nie mogą spotkać się z drużyną, ale jak z pewnością większość osób zauważyła, potrafimy utrzymać tożsamość sportowca. Internet zapełnia się różnego rodzaju filmami i platformami, gdzie prowadzone są zajęcia online. Świadomość, że „dalej jestem karateką”, jest niezmiernie potrzebna, a rola trenerów w tym okresie – bardzo ważna. Utrzymywanie kontaktu ze swoimi podopiecznymi stanowi podstawę wzajemnej relacji. Zwykła wiadomość, post na stronie klubowej, czy rozmowa telefoniczna z zawodnikiem, który może czuć się zagubiony, potrafią zdziałać cuda. Ten kontakt jest ważny, ponieważ wielu sportowcom uprawiającym swoje dyscypliny wyczynowo, może zabraknąć motywacji, która dotychczas była zbudowana zewnętrznie przez kalendarz zaplanowanych startów lub poprzez relacje z innymi ludźmi.

         Właściwie nie wiemy, co będzie. Jak wiele systemów zarówno gospodarczych, jak i sportowych będzie wyglądało po pandemii. Moglibyśmy zweryfikować nasze dotychczasowe cele i postawić następne, niekoniecznie bardzo odległe z perspektywy czasu. Z pewnością dla niektórych, którzy są zamknięci, czy zabarykadowani w swoich czterech ścianach, ustalenie jakiejś osi dnia może mieć kluczowe znaczenie, szczególnie dla motywacji. W dzisiejszym świecie większość z nas żyje raczej według ustalonej rutyny, niekoniecznie co do godziny, jednak istnieje zazwyczaj jakiś punkt odniesienia, który porządkuje nasze funkcjonowanie. Obecnie plan został zaburzony, więc sami musimy uzupełnić naszą oś dnia. Może to być praca, trening, a nawet zrobienie smacznej, pięknej kanapki. Nagle na wierzch wychodzą podstawowe potrzeby, które przez jakieś urozmaicenia mogą nadać sens całemu dniu. Śmiało można przyznać, że wracamy do bazy, kwestii podstawowych naszego funkcjonowania, które wcześniej niekoniecznie były zauważalne i mamy szanse je poprawić lub zwyczajnie skupić się na nich. Czasem trzy kroki w tył z perspektywy czasu dadzą cztery w przód. Warto poszukać szans rozwoju. Może masz jakieś ukryte talenty albo predyspozycje, o których jeszcze nie wiesz?

         Wiele osób przebywa w rodzinnych domach, więc niekoniecznie są sami ze sobą. Jednak jak być w tym razem i nie zwariować? Dużo osób na jednej przestrzeni może wiązać się z konfliktami, a sportowcy, którzy zostali ograniczeni, mogą stać się tykającą bombą pełną negatywnych emocji, która prędzej czy później wybuchnie. Wiele osób, szczególnie młodych, zazwyczaj było poza domem, zatopionych w codziennych zajęciach, więc nagły przypływ czasu z bliskimi może przytłaczać, pojawia się obniżenie nastroju albo po prostu inni zaczynają nas denerwować. W tym miejscu warto podkreślić, że każdy ma swoje problemy, więc widzi swoją perspektywę, której my nie znamy lub nie zauważamy. Własne nastrój, emocje i energia mogą wpłynąć na innych, a to jakie one będą zależy od nas.

         Ogarniająca niektórych ludzi panika związana z dopływem licznych informacji z mediów, wysokie liczby zachorowań, nieustające informacje o zagrożeniach dla struktur gospodarczych, kulturalnych powoduje bezsensowną panikę. Pojawiający się chaos może najzwyczajniej sparaliżować, więc warto zwrócić uwagę w jaki sposób przyswajamy informacje. Nie wszystkie są rzetelne. Może powinniśmy ograniczyć i zweryfikować niektóre źródła, z których czerpiemy? Dodatkowo nie warto skupiać się, a szczególnie martwić kwestiami, nad którymi po prostu nie mamy kontroli. Nie przyspieszymy tego okresu, nie wpłyniemy na odgórne reguły, zasady czy ograniczenia. Warto skierować swoje skupienie na to, na co mamy wpływ.

         Czas leci szybko, a wszystko nagle zaczyna wydawać się takie samo? Nie musi tak być. Dla miłośników sportu zwykły trening może urozmaicić dzień, a co więcej żadna odległość nas nie ogranicza, więc dzięki treningom online trenujemy „gdzie” i z kim chcemy. Mamy szansę jednego dnia poruszać się wspólnie z przyjaciółmi z drugiego końca kraju lub świata. Dodatkowo jest to idealny czas, żeby zacząć przygodę z wizualizacją, której ogromną zaletą stanie się szansa sparingu z kim tylko chcemy, nawet z mistrzem świata czy Europy. Ponadto mamy wachlarz możliwości związanych z redukcją napięcia, relaksem, ćwiczeniami oddechowymi, których często nie mamy czasu wprowadzić w codzienną rutynę. Zwróćmy uwagę, że nagle pojawia się czas na rzeczy, na które dotychczas go nie mieliśmy.

         Nie ma idealnego złotego środka, który dla każdego byłby rozwiązaniem. Jednak czasem niepotrzebne są żadne cuda, a wystarczą podstawowe kwestie. Potrafią nadać kierunek, sens i kolor, a my możemy nimi podążać i uczyć się siebie.  Z pewnością każdy jest w stanie stworzyć swoją receptę na czas koronawirusa. Dzień nie musi być nudny, przytłaczający lub stresujący. Pędzel leży w naszych rękach i możemy spróbować pomalować tę kwarantannę, na jakie kolory chcemy.


Jaki dziś dzień? Poniedziałek? Zrobię wszystko, żeby był wspaniały!

Autorka: Anna Wiatrowska

Karate to droga na całe życie

Daria Dobkowska-Szefer – absolwentka Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach studiów II stopnia, kierunku dietetyka. Trener personalny z kilkuletnim stażem. Instruktor karate oraz czynna zawodniczka w karate kyokushin. Mistrzyni Śląska, Polski, Europy w kat. kumite seniorek -55kg.


Shiro Aka: Czym zajmujesz się na co dzień?

Daria Dobkowska-Szefer: Na co dzień jestem dietetykiem, trenerem personalnym oraz instruktorem karate. Prowadzę grupę dziecięcą.

SA: Jak i kiedy zaczęła się Twoja przygoda z karate?

D: Przygodę z karate zaczęłam mając 9 lat. Na drzwiach szkoły wisiał plakat promujący karate kyokushin. Bardzo chciałam uczęszczać na zajęcia, jednak mama nie chciała się zgodzić. Uważała, że nie jest to sport dla dziewczyn. Po długich namowach mama się zgodziła.

SA: Od kiedy zaczęłaś startować w zawodach “kto” lub “co” cię do tego skłoniło?

D: W zawodach biorę udział od dzieciaka, ale nie miałam wysokich osiągnięć sportowych w tym okresie. Do startów namówił mnie ówczesny trener – sensei Jarosław Jarosz, u którego rozpoczynałam treningi. Myślę, że widział we mnie wtedy jakiś potencjał.

SA: Które zawody utkwiły ci najbardziej w pamięci i dlaczego?

D: Na pewno jedne z takich zawodów to Mistrzostwa Obu Ameryk, gdzie jechałam z zielonym pasem jako nastolatka. Zaczynałam swoją przygodę w kumite seniorów i myślę, że większość osób nie dawała mi większych szans. Trener Shihan Andrzej Manecki bardzo we mnie wierzył i można powiedzieć, że rzucił mnie wtedy na głęboką wodę. Ku zaskoczeniu doszłam do czwórki i pierwszy raz w życiu łamałam deski. Niezapomniane chwile. Drugie zawody to Mistrzostwa Europy w Lyonie, gdzie zajęłam pierwsze miejsce w kumite -55 kg. Pokonałam bardzo utytułowane zawodniczki.

SA: Czy miałaś kiedyś chwilę słabości i zamierzałaś skończyć z karate?

D: Niestety miałam okres w swoim życiu, gdzie pojawiło się wiele kontuzji. Jestem po zabiegu barku, w którym mam implanty. Miałam również problem z kręgosłupem, kolanem, biodrem (co najlepsze właściwie nigdy nic większego nie zrobiłam sobie na treningu karate). Lekarze proponowali mi wtedy rezygnację z karate, jednak jak widać z marnym skutkiem. Niestety pojawiały się wtedy u mnie chwile słabości, ze względu na to, że nie wiedziałam czy będę w stanie wrócić, a jak już wrócę czy będę mogła dojść do wysokiej formy. Uważam, że było to potrzebne, nic nie dzieje się przypadkiem i czuję się mocniejsza niż wcześniej.

SA: Co cię kręci w sztukach walki?

D: Hmm… jest to ciężkie pytanie, na które nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. Na macie, na zawodach kręci mnie to, że walcząc jestem wolna, pokonuje własne słabości.
Karate to nie tylko treningi, nie sam sport, ale też ludzie. Jest to droga na całe życie.
Bardzo się cieszę, że mogę przekazywać swoją wiedzę młodszym pokoleniom – to też mnie bardzo kręci.

SA: Jaki rodzaj diety zalecasz dla osób trenujących karate?

D: Uważam, że nie ma takiej jednej diety, która jest zalecana dla wszystkich. Każdy jest inny i powinniśmy podejść do diety indywidualnie.
Jeden z trenujących może mieć prace siedzącą, drugi fizyczną, dlatego ciężko dać gotowe zalecenia żywieniowe odpowiednie dla wszystkich.
Najważniejsze jest, aby dieta była niskoprzetworzona. Pamiętajmy o odpowiednim nawodnieniu i spożywaniu odpowiedniej ilości warzyw i owoców- bo to bardzo kuleje. Często zastanawiamy się czy wybrać ryż jaśminowy czy basmati, nie dbając o podstawy diety.
Moja praca licencjacka oceniała wiedzę żywieniową osób trenujących karate kyokushin. Niestety muszę z przykrością stwierdzić, że była na niskim poziomie.

SA: Czy uważasz za istotne nawadnianie organizmu podczas treningu i dlaczego?

D: Oczywiście, że tak. Utrata 2% wody zmniejsza zdolności wysiłkowe. Jak łatwo policzyć dla zawodnika, który waży ok. 70 kg będzie to nieco ponad 1 kg.
Warto w celu kontroli zważyć się przed treningiem i po treningu. Może sprawdzić, ile wody straciliśmy i w przyszłości oszacować, ile powinniśmy wypić podczas treningu, aby zapobiec utracie wspomnianych 2% wody. Warto, również monitorować kolor moczu, który powinien mieć kolor jasno słomkowy.
Prawidłowe nawadnianie przed treningiem powinno się rozpocząć już nawet 4h (nie 10 min) przed jednostką treningową. Powinniśmy mniej więcej wypijać od 5 do 10 ml wody na kg/mc. Po treningu powinniśmy uzupełnić od 125 do 150% w stosunku do strat masy ciała (1,25-1,5l na utracony 1 kg masy ciała).
Przy treningach poniżej 1h nie ma sensu sięgać po napoje izotoniczne. Woda w zupełności wystarczy.

SA: Czy uważasz, że konieczna jest suplementacja w czasie trwania makro cyklu?

D: Nie, nie jest konieczna, chociaż wyjątkiem jest witamina D3. Wytwarzana jest głównie poprzez syntezę skórną. W okresie jesienno-zimowym w Polsce synteza ta nie jest efektywna, dlatego warto suplementować tą witaminę. Aktualne zalecenia dla osób 19-65 roku to 800-2000jm na dzień. Dla osób otyłych 1600-4000jm.
Często niestety sportowcy zamiast zadbać o podstawy – czyli odpowiednią dietę, nawodnienie, lub sen, zaczynają od suplementacji, myśląc, że jest najważniejsza. Oczywiście są preparaty, które mogą wspomóc zawodników, ale sugeruję, żeby korzystać z suplementów z grupy A, według Australijskiego Instytutu Sportu, czyli tych, które mają potwierdzone działanie naukowe.

SA: Co według Ciebie powinno się jeść na zawodach, przed startem, pomiędzy i po startach?

DS: Jest to sprawa bardzo indywidualna, jednak warto pamiętać o podstawowych zasadach. W tym okresie nie należy korzystać z nowych produktów. Oznacza to, że jeżeli nie jadłeś czegoś wcześniej, to nie jedz tego przed zawodami/w trakcie. Nie wiemy jak nasz organizm zareaguje, dodatkowo podczas zwiększonego stresu. Ograniczyć należy również produkty wzdymające (groch, kapustę, fasolę). Produkty zawierające trudno wchłaniane węglowodany, m.in. sorbitol, ksylitol, mannitol, które mogą być przyczyną nadmiernego zbierania się gazów.
Posiłki podawane przed zawodami mają za zadanie dostarczyć energię na czas startu. Żywienie w dniu startu należy rozpocząć co najmniej 3 godziny przed planowanym startem. Spożyty wówczas posiłek powinien być bogaty w węglowodany złożone oraz białko. (Przykładowe posiłki to: kurczak z ryżem i sałatą; płatki owsiane z mlekiem; kanapka/bułka z kurczakiem, rybą, serem, jajkiem). Tak skomponowany posiłek gwarantuje stopniowe uwalnianie glukozy.
Zawody karate kyokushin trwają przeważnie cały dzień, więc bardzo ważne jest żebyśmy “non-stop” dostarczali, główne źródło energii, czyli węglowodany. Najlepiej, żeby były to węglowodany łatwostrawne. Dobrze sprawdzą się banany, owoce, żelki, suszone owoce, batoniki owsiane, biszkopty.
Oczywiście pamiętajmy o odpowiednim nawodnieniu.

SA: Czy korzystasz z innych form treningowych niż karate na przykład trening funkcjonalny, czy siłowy?

D: Tak, jak najbardziej. Uważam, że trening siłowy jest bardzo potrzebny. Odpowiednio ułożony w makro-cyklu mocno wzmacnia zawodnika. Warto, również prowadzić trening, który będzie niwelował nasze mankamenty. Przykładowo – w karate trzymając gardę mamy mocno zaokrąglone plecy, więc warto zwrócić uwagę na te mięśnie antagonistyczne, aby uniknąć dysbalansu. Niestety często nie zwraca się na to uwagi, a po wielu latach treningów mogą pojawić się kontuzje i problemy z obręczą barkową czy z kręgosłupem.

SA: Czy wiedza dietetyka przydaje się w karate, jeśli tak to jak ją wykorzystujesz?

D: Oczywiście, że tak. Jako dziecko miałam 15 kilogramów nadwagi, próbowałam różnych diet – nie zawsze zdrowych. Tak naprawdę, kiedy zmieniłam swoje żywienie na prawidłowe zaczęłam osiągać sukcesy sportowe i moja forma wzrosła. Jestem więc żywym przykładem na to, że to co jemy ma ogromny wpływ. Jedzenie to nasze paliwo, bez niego daleko nie zajedziemy.

SA: Co sądzisz o spożywaniu alkoholu przez zawodników?

D: Wszystko jest dla ludzi, ale warto wiedzieć, że alkohol nie będzie sprzyjał regeneracji. Jedno piwko, może działać relaksująco i odprężająco, jednak większa ilość po pierwsze utrudnia proces resyntezy glikogenu mięśniowego, po drugie zaburza równowagę wodno-elektrolitową oraz kwasowo-zasadową, po trzecie –może niekorzystnie wpływać na przebieg procesów anabolicznych zachodzących w tkance mięśniowej.
Wyjątkiem jest wino czerwone wytrawne czy półwytrawne, które ma bardzo dużą zawartość polifenoli i rezweratrolu. W odpowiedniej ilości może wykazywać działanie kardioprotekcyjne. Odpowiednia ilość to 1-2 kieliszki dziennie. Oczywiście jest to zależne m.in. od masy ciała, czy indywidualnej tolerancji na alkohol.

SA: Jaki rodzaj treningów zalecasz w ostatnim tygodniu przed zawodami?

D: Znowu jest to sprawa indywidualna. Na pewno schodzimy z obciążeń treningowych. Rezygnujemy ze sparingów w celu uniknięcia kontuzji. Treningi powinny być coraz krótsze, bardziej szybkościowe. Często na zawody trzeba dojechać, dlatego warto po przyjeździe się rozruszać. Wiele godzin w aucie czy samolocie powoduje obciążenie układu krążenia, czy kręgosłupa, dlatego lekki krótki trening jest wskazany.

SA: Jakie plany na przyszłość?

D: Plany pokrzyżowały się niestety przez epidemię. W planach miałam start na Mistrzostwach Polski, Europy oraz Świata. Aktualnie nie poddaje się i ćwiczę w warunkach domowych, aby podtrzymać swoją formę. Niestety nie jest to to samo, co trening w dojo, ale daję rade!

SA: Dziękujemy ci bardzo za wywiad. OSU!

D: Proszę bardzo. OSU!

Autorzy: Aneta Łobożewicz, Jan Sozoniuk

PODCAST #6 – Ania Wiatrowska

Rozmawiamy z człowiekiem orkiestrą, czyli z Anią Wiatrowską. O fotografii, teatrze, tańcu… Ale także o ketlach i niekonwencjonalnych metodach treningowych. Dlaczego studentka psychologii milczy podczas dyskusji? Czemu chłopiec z bułką to czysty artyzm? Jak występy w teatrze pomagają w wizualizacji walki? Czy upadek z tatami może być błahostką po skokach ze spadochronem? I w końcu w co wierzy Ania i dlaczego w Tymbarki? Na samym końcu podcastu mówimy o naszym konkursie oraz o unikalnych nagrodach. Więc warto posłuchać do końca!
Podcast jest przeznaczony dla osób powyżej 18 roku życia.

Chcę być następny, a raczej BĘDĘ NASTĘPNY

Znacie Glaube Feitose? Musiałem być tam, gdzie on. To mój idol. Do końca życia będę go podziwiać.


Shiro Aka:  Jak sensei trafił do dojo i ile miał wtedy lat?

Mikio Ueda: Ponieważ byłem dość słaby fizycznie, to ojciec mnie zaprowadził do pobliskiego dojo karate, kiedy miałem 5 lat.

SA: Sensei nie wygląda na słabego fizycznie – śmieje się Oskar.

MU: Może teraz nie wyglądam na słabego, ale muszę powiedzieć, że dawniej  miałem bardzo wiele chorób, nawet lądowałem w szpitalu z tego powodu. To własnie w szpitalu doktor poradził mi, abym zaczął ćwiczyć jakiś sport ogólnorozwojowy, najlepiej karate. 

SA: Od tamtej pory jest to tylko karate? Czy może sensei próbował sił w innych dyscyplinach sportowych? 

MU: W czasach, kiedy byłem w gimnazjum, próbowałem trochę judo, a później sumo.  

SA: Doszły do nas informacje, że sensei zaczynał w innej organizacji, niż jest obecnie. 

MU: Tak, to prawda. Mój pierwszy shihan był w Shinkyokushin.

SA: Zatem co było przyczyną, że sensei znalazł się w IKO? 

MU: Prosty powód. Znacie Glaube Feitose? Musiałem być tam, gdzie on. To mój idol. Do końca życia będę go podziwiać. 

SA: Rozumiemy, że to sensei’a wzór do naśladowania.

MU: Glaube jest pod względem osobowościowym moim idolem, ponieważ jest osobą otwartą i przyjazną.  Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, dał mi autograf w bardzo miły i grzeczny sposób. Jeżeli chodzi o kumite, to niedoścignionym wzorcem jest dla mnie kancho Shōkei Matsui.

SA: Podczas treningów zaobserwowaliśmy, że jest wiele podobnych cech kumite senseia do cech kumite  kancho.

MU: Moim zadaniem podczas takich obozów jest to, żeby przekazać jak najdokładniej to, czego uczy mnie kancho, ponieważ chodzę często na jego treningi i rzeczywiście mój styl walki w jakiś sposób może być  podobny.  

SA: Jak już jesteśmy przy idolach i wzorcach, czy jest jakiś zawodnik z którym jeszcze sensei nie walczył, a chciałby się zmierzyć? 

MU: Nie popuszczając wodzy wyobraźni, to na pewno bardzo chciałbym zmierzyć się z Igorem Zagainovem, który był małą niespodzianką mistrzostw świata open. Jeszcze nigdy nie walczyłem z moim rodakiem Yutą Takahashi, z którym też chętnie stanąłbym do pojedynku. 

SA: A popuszczając wyobraźnie? 

MU: Mistrzowie z poprzednich lat. Francisco Filho, Hajime Kazumi czy Shokei Matsui.

SA: Pytanie trochę z innej beczki. Co sprawiło, że sensei dość mocno przybrał na masie. Pamiętam senseia chociażby z poprzednich edycji All Japan, czy mistrzostw świata i tam senseia było mniej.  

MU: Jak ktoś dużo pije i dużo je, szczególnie ryż, to jest to naturalne – żartuje sobie mistrz. Tak na poważnie, to trochę zmieniłem systematykę treningów. Podczas przygotowań do mistrzostw sporo czasu spędziłem na siłowni dźwigając ciężary.  

SA: Jak już jesteśmy przy siłowni i treningu. Jest sensei w rękach trenera, który układa plany treningowe czy rozpisuje dietę? Coś w rodzaju trenera personalnego? 

MU: Nie mam specjalisty z dyplomem, ale mój shihan czy sensei czuwają nad moim rozwojem i mają naprawdę sporą wiedzę w tym zakresie.

SA: Jak zatem wygląda zwykły dzień podczas przygotowań do mistrzostw? 

MU: Zwykle okres przygotowań trwa 4 miesiące przed zawodami. Walczę tylko na dwóch, najważniejszych dla mnie turniejach – All Japan i Mistrzostwa Świata Open. O dziwo trenuje mniej, niż w okresie, kiedy nie przygotowuje się. Moi shihan stawiają na jakość, a nie na ilość. Tak więc krótkie sesje treningowe do 1.30 h rano i wieczorem. 

SA: Jakich treningów jest więcej – w grupie czy indywidualnych?

MU: Niestety w swoim dojo nie mam zawodników na wysokim poziomie, nawet bym powiedział, że w ogóle ich nie ma. Więc zostają mi ćwiczenia z moim shihanem. Na razie nie mamy warunków, żeby robić takie specjalistyczne treningi, ale są tego plusy… Moja wyobraźnia tworzy mi takich przeciwników, że Ci prawdziwi mnie nie zaskoczą – żartuje mistrz. 

SA: Pytanie czysto techniczne. Jak wygląda kwalifikacja kadry Japonii na mistrzostwa świata? 

MU: Pierwszym kryterium jest to wejście do najlepszej 8-mki All Japan w kategorii open. Potem pierwsze trzy miejsca All Japan w kategoriach wagowych. Jeżeli na tych imprezach na podium stają cudzoziemcy, wtedy jest organizowany dodatkowy turniej tylko dla Japończyków i jest dobierana pozostała kadra. Cała kadra liczy 16-stu reprezentantów.

SA: Najcięższa walka na mistrzostwach?

MU: Finał z Aleksandr Eremenko. Pamiętam że z Ilya Karpenko też byłem mocno spięty. 

SA: Jak sensei motywuje się do takich walk? Do mistrzostw? 

MU: Na początku to sam na siebie nakładam presję np. mówiąc wszędzie i wszystkim jaki mam cel. Nie mowie, że chciałbym wygrać, tylko mówię, że WYGRAM. Mówię tak w mediach, prasie czy ludziom dookoła. Później muszę już tylko dotrzymać obietnicy. Tak samo było teraz, podczas obozu. Obiecałem, że podejdę i ZALICZĘ test 100 kumite, który odbędzie się w październiku tego roku. Sam na siebie kręcę bicz – żartuje Mikio. 

SA: Skoro presja to i nerwy. Ma sensei jakieś swoje sposoby? 

MU: Tak! Śpię wiele godzin! Dobry humor nie opuszcza senseia. Tak poważnie, ukojenie i spokój daje mi to, jak widzę dzieci, które szkole na co dzień.

SA: Jak sensei ocenia naszych zawodników? 

MU: Rzuciło mi się od razu w oczy to, że wasi zawodnicy są bardzo rozciągnięci. Wykonują bardzo swobodnie techniki na jodan. Byłem pod wrażeniem. Na ostatnich mistrzostwach dobrze wypadł Patryk Sypień, któremu chyba niewiele brakowało do kolejnej rundy. Wy też się wyróżniacie – mam na myśli ciebie, Oskar, czy Grzegorza Kędzierskiego, który ma na bardzo wysokim poziomie technikę i swobodę kopnięć. 

SA: Trochę poluźnijmy pasa. Jak sensei ocenia Polską kuchnie? 

MU: Odkąd tutaj jesteśmy, jemy tylko Polskie potrawy. Najlepszy zdecydowanie jest TATAR! Pyszny! 

SA: Polki ładniejsze od Japonek? 

MU: Ciężko powiedzieć, na pewno dużym plusem jest różnorodność wśród kobiet. Macie w czym wybierać, uśmiecha się mistrz.

SA: Jest jakieś hobby poza karate? 

MU: Uwielbiam chodzić ze znajomymi na karaoke. Czasem też na rzutki albo kręgle. To pozwala mi się zrelaksować po treningu.

SA: Jakie starty sensei planuje  w przyszłości? 

MU: W przyszłym roku chciałbym wygrać All Japan open i za 3 lata obronić tytuł mistrza świata open . Póki co, tylko Makoto Nakamura tego dokonał. Chcę być następny, a raczej będę następny! 

SA: Niestety czas dobiega końca. Zakończymy pytaniem oczywistym. Czy podobał się camp? 

MU: Mam nadzieje, że wrócę do was, jak tylko to będzie możliwe. Bardzo lubię z wami ćwiczyć. Jesteście dobrymi słuchaczami i obserwatorami. Osu. Zazdroszczę wam takiego obozu. 

SA: Dōmo arigatō sensei!

MU: Dōmo arigatō!

Autorzy: Oskar Mazurkiewicz i Krzysztof Dziuda
Tłumaczenie: Alicja Kaczorek – (Dziękujemy!)

PODCAST #5 – Maciek i Marcin

Rozmawiamy z Maćkiem i Marcinem o ich podróży do Tajlandii, a także o tym, w jak nowoczesny sposób rozwijają swoje kluby w Polsce. Dlaczego Maciek ma więcej wyświetleń niż pan prezydent na TikToku? Co robi team kata podczas swoich treningów? Kto ma duszę romantyka? Komu nie przypadły do gustu tajskie treningi?
Tego wszystkiego dowiecie się w naszej prawie trzygodzinnej rozmowie.
Podcast jest przeznaczony dla osób powyżej 18 roku życia.

Wróćmy do Nałęczowa

Recepta jest prosta, uderzaj więcej, przyjmuj mniej.


          Większość przyjeżdżających do Nałęczowa to osoby, które mają problemy kardiologiczne. Niedokrwienie serca, nerwicę, czy niewydolność serca. Po odbytym turnusie wszystkie te schorzenia, w mniejszym bądź większym stopniu łagodnieją. Nic dziwnego. Znajdują się tutaj liczne ośrodki wypoczynkowo-lecznicze. Krajobraz jest tak bogaty i malowniczy, ze jest tutaj pięknie o każdej porze roku.  Ale zadajmy sobie pytanie,  po co przyjeżdżają tutaj pasjonaci karate?  Może też na coś chorują…? Nasza redakcja postanowiła wybrać się na ziemię lubelską, aby sprawdzić i odpowiedzieć na to pytanie.

          Otóż większości z karateków nie wystarczają treningi w swoich Dojo z  shihan czy sensei. Od czasu do czasu trzeba wyjść z domu. Potrzeba odkrywania, poznawania nowego, chęć uczenia się, determinacja w dążeniu do doskonałości, to tylko niektóre cechy, które można śmiało przypisać do większości osób ćwiczących karate. I to właśnie te cechy sprawiają, że ludzie chętnie jeżdżą na szkolenia, kursy, zawody czy na obozy. Dlatego shihan Jacek Czerniec od 2012 r. organizuje IKO Polish Fighters Camp & Young Lions Fighters Camp. Jest to obóz na którym motywem przewodnim jest kumite.

          Była to już dziewiąta edycja tego obozu i szósta edycja obozu dla dzieci. W tym roku  Fighters Camp odbył się dokładnie 28.02 – 01.03.2020. Tylko 3 dni? Kto był, ten wie, że przez te 3 dni uczestnicy są skłonni  dać z siebie więcej niż  przez cały miesiąc.  Nabywają też wiedzą, która  pomoże i m wygrać turniej, puchar Polski, mistrzostwo Polski, mistrzostwo Europy… A kto wie – może i mistrzostwo świata. Ale jak tego dokonać? Jak trenować? Jakie ćwiczenia wykonywać? Jak długo?  Jak interpretować nowe przepisy? Shihan Jacek Czerniec myśli, myśli, myśli… może by tak aktualny mistrz  świata open  sprzed paru miesięcy?   Organizatorzy zdecydowali się na zaproszenie drugiego gościa z Japonii w ostatnim momencie. A wszystko to przez nieoczekiwanie dużą liczbę zgłoszeń w ostatnim dniu rejestracji. Do ostatniej chwili nie wiadomo było, kto poprowadzi obóz z sensei Uedą.

          I tak do Nałęczowa  przyjeżdża Mikio Ueda (3 dan) wraz z trenerem kadry Japonii – Makoto Akaishi ( 4 dan).  Wracają bo podobno uwielbiają  polskiego tatara i nie mogą bez niego żyć.  Mikio Ueda prowadził już w poprzednich latach obóz w Polsce – Summer Camp w 2018 r. Natomiast Makoto Akaishi był gościem na Fighters Camp w 2016 r. Sensei Mikio jest aktualnym mistrzem  świata w kategorii open (bez podziału na kategorie wagowe). Biorąc pod uwagę jego dość młody wiek (25 l.) i to, że  te mistrzostwa były niedawno – dokładnie w listopadzie ubiegłego roku – to sensei musi jeszcze pamiętać jak zostaje się mistrzem Świata! Sensei podczas  treningów skupiał się  na tym, aby pokazać skuteczne techniki, akcje czy zachowania na macie, które pozwoliły  mu wygrać ten prestiżowy turniej. Techniki, dzięki którym pokonał np. w półfinale MŚO – Adreia Luzina (rosyjskiego pretendenta do tytułu w 2019 r.). Natomiast trener kadry, sensei Makoto Akaishi, koncertował  się na technikach wycinających, takich jak podcięcie stopą (ashi-kake). Jak już zdołaliście się zorientować, Fighters Camp jest obozem, którego program treningowy jest skupiony  na technikach i metodach walki.

          Dużym plusem Campu jest to, że można podchodzić do egzaminu na stopnie kyu oraz stopnie mistrzowskie do drugiego dana. W tym roku egzamin odbył się wyjątkowo wcześnie. Osoby, które chciały zdobyć wyższy stopień, musiały stawić się o wschodzie słońca, dokładnie o 5.45, w sobotę przed salą, oczekując egzaminatora shihan Jacka Czernieca (6-sty dan) oraz obserwatora z Honbu czyli sensei Makoto Ahaishiego. Zdający po wyjściu komentowali, że nie mogło być lepszej godziny. Ciało wypoczęte, mózg na najwyższych obrotach i ogromna dawka motywacji sprawiły, że ten egzamin nie należał do wyjątkowo trudnych. Część techniczna w sobotę trwała okrągłe 3 godziny. Oczywiście to pierwsza część egzaminu. Co było na egzaminie? Wszystko to, co jest esencją Kyokushin. Czego wymagał egzaminator? Żeby wykonywać każdą technikę, tak jakby wykonywało się ją ostatni raz w życiu! Jakie techniki? Wszystkie! Jakie testy sprawnościowe? Chodzenie na rękach, przeskoki przez pas, szpagat i 100 pompek. Jakie kata? Wszystkie te, które są w wymaganiach IKO.

          Wracając do programu obozu. Harmonogram tradycyjny. Rozpoczęcie obozu w piątek treningiem o godz. 14.30.  Niestety nie wspólnym treningiem. Na turnus leczniczy przyjechało, uwaga, 407 chorych, zagorzałych karateków z całej Polski i nie tylko. Rzeczą normalną jest już to, że ten obóz jest jednym z większych w Europie i do Nałęczowa, czy Zakopanego przyjeżdżają adepci karate z innych krajów. W tym roku  przybyły ekipy z Holandii, Niemiec, Finlandii, Białorusi, Ukrainy, Czech oraz Japonii. Duża ilość chętnych do trenowania z mistrzami zmusiła organizatora do stworzenia 3 grup treningowych z podziałem na wiek. Pierwszeństwo w treningach miały  osoby z wyższym stopniem. Grupę te tworzyli głównie shihan oraz sensei (1986r. i starsi). Druga grupa treningowa wypełniona była głównie reprezentantami  kadry narodowej oraz zawodnikami (2006r.-1986r.) Ostatnią grupą treningową tworzyły dzieci i młodzież (2007 r. i młodsi), na których mówi się Young Lions, kto wie, być może to przyszli mistrzowie świata.  Bardzo dobrze opracowany plan obozu dał wszystkim grupom niemalże identyczne treningi. Dwóch prowadzących zmieniało się na każdy trening.  To sprawiło, że każdy z prowadzących był wypoczęty i z wielkim zaangażowaniem prowadził  zajęcia. Co było po prostu widać. Na pierwszym treningu, gdy ustawiliśmy się według stopni w szeregach na sali, po magicznej komendzie „seiza” każdy już wiedział, po co tu przyjechał. Po lekarstwo. Bogata wiedza oraz umiejętności obu Japończyków z kraju kwitnącej wiśni spowodowały, że byli wstanie pomóc każdemu uczestnikowi turnusu. Sześć sesji leczniczych po 2 h każda. Łącznie 12 godzin wspólnego leczenia  karateckich ciał i dusz. Wiedza i doświadczenie prowadzących „lekarzy” oraz energia i motywacja płynąca z „pacjentów”, to wszystko tworzyło niesamowitą aurę na sali. Duch Kyokushin, o którym tak często wspominał śp. Masutatsu Oyama, był obecny przy każdym ćwiczącym! Każdy trening był jak zastrzyk z endorfiną. Każde wejście na salę było jak wejście w inną czasoprzestrzeń. Każda komenda była jak recepta, wystarczyło tylko ją zrealizować i wykonać najlepiej jak się da! Z każdą kroplą potu wszyscy pozbywali się stresu czy zmartwień. Z każdym oddechem na sali stawaliśmy  się jeszcze mocniejsi, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.

          To, co przekazali w ciągu tych paru treningów przedstawiciele Honbu było bezcenne. Nie oszukujmy się, Europa nie jest pierwsza w kolejce do poznania nowych zasad, technik, czy metod treningowych. Wszystko, co zmienia się w kyokushin, zmienia się w Tokio. To Japonia jest pierwsza w kolejce, aby zgłębiać nowe tajniki karate. Dopiero później nowe rzeczy trafiają  do reszty świata. Własnie dzięki takim obozom, polscy karatecy są w stanie dorównać najlepszym na świecie.  Prowadzący  pokazują wszystko to, co jest aktualnie robione w Honbu.  Rozgrzewka, kihon, elementy walki w parach (zawsze w komplecie ochraniaczy!). Oczywiście największa wagę przykładano do elementów kumite. Sensei  Miko Ueda  demonstrował skuteczne kontrataki. Pokazał kilka wariantów wycięć, głównie po ataku przeciwnika techniką nożną. Było widać, że sensei w swojej metodzie walk stawia nacisk na kontratak, szybkość i nieskazitelną technikę. Przedstawił i wytłumaczył, co jest kluczem do skutecznego odepchnięcia przeciwnika niewielkim kosztem energii. Znów podkreślił, że nie zawsze siłą i wytrzymałością jesteśmy w stanie wygrywać walki. Technika to sedno!  Sukcesem  jego wygranych walk, jak sam powiedział, jest to, że nie wolno być dłużnym więcej niż 4 ciosy. „Jeśli przeciwnik wykonał  mawashi geri gedan, ja oddaje to samo tylko, że mocniej”  Szybkość? „Jeśli widzę, że przeciwnik chce uderzyć, staram się zrobić to przed nim”.  Mikio wszystkie te myśli potrafił w doskonały sposób wcielić w ćwiczenia ido geiko. Jak sam powiedział podczas jednego z treningów, trening ido geiko był kluczowym elementem jego przygotowań do MŚO.

          Sensei Makoto Akaishi mimo że, również kierował uwagę ku doskonaleniu  kumite, to jego treningi były prowadzone w inny sposób. Widać było różnice. Jako wieloletni zawodnik kadry narodowej, a teraz jako trener, ma na pewno ogromny bagaż doświadczeń.   To, co najbardziej rzucało się w oczy, to to, że jego myśl szkoleniowa nie opiera się na wygranej walce, tylko na wygranej  całego turnieju. Trener kadry uczył, jak skutecznie się bronić i jak unikać ciosów. Na którymś z treningów, powiedział słowa które zapadły uczestnikom obozu w pamięci. „Recepta jest prosta, uderzaj więcej, przyjmuj mniej”.  Jego treningi były ewidentnie nastawione na poprawę szybkości reakcji. Decyzja, szybka decyzja i reakcja mogą dać zawodnikowi wazari czy ippon. Na niektórych treningach było  lekkie kumite, na innych ćwiczenie kontrataków, na jeszcze innych wykonywanie prostego, ale skuteczne ido geiko.  Zarówno w piątek, jak i w sobotę odbył się trening kata, mający za zadanie pokazać i wytłumaczyć nowe zmiany w ich układzie. Trening ten nie był obowiązkowy, ale też nie był dla wszystkich, ponieważ fizycznie było to niemożliwe. Tak więc na ostatnim treningu dnia zostawali dojo operatorzy oraz zawodnicy przygotowujący się do mistrzostw Europy, które miały się odbyć we Francji, a dokładniej w Lyonie. No właśnie – miały, bo jak wiemy nie odbędą się z powodu pandemii w Europie. Wracając do obozu, sobota kończy się już tradycyjną sayonarą, na której nie zabrakło dobrego polskiego jedzenia oraz świetnej rodzinnej atmosfery. Sayonara jest świetnym momentem, aby wymienić kilka zdań z przyjacielem-karateką z drugiego krańca Polski. To czas, w którym widać, że  organizacja jest tworzona nie tylko poprzez trening, ale także kontakty międzyludzkie. Każdy karateka ma gdzieś swoich kolegów po fachu, rozsianych w całym kraju, czy Europie. Sayonara pozwala na chwile zapomnieć o egzaminie, ciężkich treningach, czy kontuzjach. Wszyscy się bawią, rozmawiają, żartują, plotkują, jedzą i oczywiście tańczą. Nawet sam mistrz dał się ponieść „ludowej” muzyce disco polo. Organizator postarał się również o atrakcję, jaką był występ dziewczyn z zespołu Passa Passa, które na co dzień trenują w Lublinie.

          Trzeciego dnia nastąpił drugi etap egzaminu, czyli kumite. Jak sama nazwa obozu wskazuje, większość  przyjechała, aby trochę posparować. Często jest tak, że w klubach wszyscy znają się już, jak łyse konie. Ciężko zaskoczyć swojego klubowego kolegę i ciężko być zaskoczonym. Takie obozy dają możliwość powalczenia z osobami, które widzi się pierwszy raz. Głównie  młodzi zawodnicy mają tę ogromną radość i możliwość powalczenia z doświadczonymi zawodnikami. Mogą poczuć, jak to jest walczyć z mistrzynią Europy, Olą Matysiak, czy z innymi utytułowanymi zawodnikami naszej kadry. Najlepsza metoda stawania się lepszym zawodnikiem, to przede wszystkim zdobywanie doświadczenia. Chcesz być najlepszy – musisz mierzyć się z najlepszymi. Mikio Ueda to wie i dlatego stawił się w komplecie ochraniaczy między szeregami, aby móc  powalczyć z zawodnikami. Kto załapał się na krótką, jednominutową walkę z mistrzem, miał niesamowite szczęście. Oczywiście nie każdy mógł z nim  powalczyć ze względu na dużą ilość chętnych, ale też nie każdy miał tyle odwagi, żeby stanąć oko w oko z aktualnym mistrzem świata! Po dwóch godzinach walk przyszedł czas na  zdjęcie ochraniaczy, poprawienie Gi, makijażu i stawienie się do pamiątkowego zdjęcia ze wszystkimi shihan oraz gośćmi z Japonii. Tradycyjnie każdy klub ma swoje zdjęcie z głównymi prowadzącymi. Organizator postarał się o oryginalną pamiątkę. Wszyscy otrzymali kalendarz ze zdjęciami, które były robione właśnie na tym obozie. Kalendarz jest świetny, bo są na nim zaznaczone wszystkie ważne wydarzenia w świecie Karate Kyokushin. Każdy z Nałęczowa wyjeżdżał nie tylko z kalendarzem, ale  przede wszystkim z naładowaną do pełna baterią. Nie mówimy tutaj oczywiście o baterii w telefonie, choć pewnie wszyscy przed podróżą to zrobili. Mowa o baterii, która mieści energie do treningów, motywacje, dobre samopoczucie czy chęć do samodoskonalenia się. Niby wypompowani treningami, a jednak zdrowsi niż przed przyjazdem. Myślę, że każdy znalazł to, po co przyjechał. Dla każdego mogło być to coś innego. Dla jednego egzamin, dla drugiego walka z mistrzem, dla trzeciego towarzystwo, a dla jeszcze innego mocny łomot. Tyle ilu uczestników, tyle potrzeb. Jedno jest pewne. Widać i słychać było, że turnus leczniczy przebiegł zgodnie z planem i wszyscy wracają do swoich dojo uzdrowieni!

          Kto w przyszłym roku dołączy do grona legendarnych prowadzących? W poprzednich latach byli to:  Lechi Kurbanov, Mikio Ueda, Shokei Kamada, Darmen Sadvakasov, Aleksandr Eremenko, Zenjuro Mori, Taichiro Sugimura,  Makoto Akaishi,  Goderzi Kapanadze, Ryo Narushima czy  Hitoshi Kiyama. Może  macie kogoś, kogo jeszcze nie było, a chcielibyście, aby był „lekarzem prowadzącym”? Nieważne kto to będzie, ważne, aby wygospodarować sobie trochę grosza i czasu, abym być tam za rok! Na pewno Shiro Aka tam nie zabraknie!  Tymczasem musimy pokonać walkę z koronawirusem, aby móc spotkać się w Lublinie na Summer Camp 2020! OSU!

Autor: Oskar Mazurkiewicz